Było dobrze po północy, gdy Beata zatrzymała
samochód przed zamkniętą, żelazną bramą. Była zmęczona podróżą, lecz
jednocześnie zadowolona perspektywą spędzenia dziesięciu dni z dala od zgiełku
wielkiego miasta. Myślała w tej chwili tylko o jednym, jak najszybciej
zapakować się do widniejącego w mroku domku i paść w objęcia Morfeusza. Niecałe
pół godziny później tak też się stało.
Rankiem, po przebudzeniu przywitał ją
radosny trel skowronków. Urzekająca nuta, która sprawiła, że uśmiech samoistnie
pojawił się na jej twarzy. Tak, pomyślała. Tego mi było trzeba. Przeciągnęła
się leniwie, po czym usiadła i rozejrzała po pomieszczeniu. Spała na poddaszu,
tak niewielkim, iż poza rozłożonymi na podłodze piankowymi materacami nie było
tu miejsca na nic więcej.
Zeszła na dół i dopiero teraz przyjrzała
się lokum, jakiego użyczyła jej przyjaciółka. Domek był nieduży, w całości wykonany
z drewna. Z zewnątrz widniały grubo ciosane deski, a od środka ściany pokrywała
jasna boazeria. Parter stanowiły średniej wielkości pokój dzienny z aneksem
kuchennym i maleńka łazienka. Pośrodku pomieszczenia stał okrągły, plastikowy
stół, a na nim torba podróżna, którą zostawiła w nocy. Zdjęła ją i postawiła
obok cepeliowskiej szafy, wciśniętej we wnękę pod schodami, prowadzącymi do jej
tymczasowej sypialni. W rogu znajdował się kącik jadalny i używana wersalka,
którą Beata pamiętała jeszcze ze starego mieszkania Kingi. Obok niej cztery
plastikowe krzesła ustawione jedno na drugim. Poprzez czterodzielne okna wpadły
promienie słoneczne, które złocistą smugą kładły się na podłodze pokrytej
brązowym linoleum.
Praktyczne i niedrogie, pomyślała.
Otworzyła wejściowe drzwi, wpuszczając tym
samym do pokoju rozgrzane, letnie powietrze. Wyszła na niewielką, zadaszoną
werandę i rozejrzała się po okolicy. Przestrzeń dookoła była podzielona siatką
na równej wielkości działki, na których wzrastały domki, mniej lub bardziej
podobne do tego, który ona zajmowała. Były tam także kremowe i seledynowe blaszaki,
zwane przez znawców przyczepami holenderskimi. I ani żywej duszy. Spojrzała na
zegarek, który zapomniała zdjąć wieczorem. Dochodziła dziesiąta. Nic dziwnego,
wszyscy wypoczywali na plaży.
Oparła się o balustradę i wciągnęła w
płuca powietrze nasycone zapachem morza, którego - co prawda - nie widziała,
ale słyszała jego szum zza oddalonej o jakieś pięćset metrów ściany drzew.
-
Cudownie – powiedziała, uśmiechając się do siebie. Wiedziała, że tutaj będzie
mogła pracować.
Weszła do środka i wyniosła na werandę plastikowe krzesła i stolik. Teraz
mogła się swobodnie poruszać po domku, bez obawy, że o coś zawadzi nogą.
Odkręciła gaz z butli, stojącej obok dwupalnikowej kuchenki turystycznej i
wstawiła wodę na kawę. Zmielone nasiona i kubek, po niedługich poszukiwaniach,
znalazła w jednej z wiszących szafek. Przebrała się w bawełniane szorty i
koszulkę, a po dziesięciu minutach, siedząc wygodnie i rozkoszując się, otaczającym
ją spokojem, powoli smakowała aromatyczny napój.
Po śniadaniu, który stanowił kabanos,
zakupiony poprzedniego wieczoru na stacji benzynowej, udała się na rozpoznanie
terenu. Zanotowała w pamięci, żeby po powrocie pojechać na jakieś zakupy.
Wolnym krokiem wyszła z obszaru zamieszkanego przez letników i ruszyła w stronę
plaży. Mijała pola, pokryte różnymi odcieniami zieleni, od dojrzewającego
powoli jęczmienia po kołyszące się na wietrze, ciemnozielone łodygi kukurydzy.
Każdy krok wzbijał kurz nad utwardzoną, ziemistą drogą.
Gdy minęła linię drzew i piaszczysty wał
ochronny, znalazła się na niezbyt szerokiej, poprzerastanej na skraju
pojedynczymi wysokimi trawami, plaży. Zdjęła klapki i zanurzyła stopy w
nagrzanym piasku. Przeszła parę metrów, a gdy usiadła, wystawiła twarz do
słońca, wchłaniając jak najwięcej jego pozytywnej energii.
Rozpościerał się przed nią piękny widok.
Czysty nieboskłon naznaczony był jedynie małymi białymi obłokami, przy których
bieli jego błękit zdawał się być jeszcze intensywniejszy. Spokojna toń morza
mieniła się srebrem i granatem, a łagodne fale jakby od niechcenia wpływały w
ląd. Plaża nie była przeludniona, ale nie była też pusta. Zupełne
przeciwieństwo tej potwornie zatłoczonej, w Sarbinowie, gdzie jeździła z
Maćkiem co roku. Ostatni raz byli tam trzy lata temu, ale nie przypuszczała,
aby od tamtego czasu cokolwiek się zmieniło.
W tym roku, jak i przez ostatnie trzy, Maciek
pojechał na obóz żeglarski na Mazury. Jej mały chłopiec był już niemal dorosły.
Szesnaście lat. Zastanawiała się kiedy ten czas zleciał. Dla niej było to jak
mrugnięcie okiem. Pamiętała, jakby to było wczoraj, jak tuliła do piersi
nowonarodzone niemowlę. A dzisiaj… Cóż, taka jest kolej rzeczy. Dzieci
dorastają – a rodzice – wraz z nimi. Nie czują upływającego czasu, dopiero po
wzrastających latoroślach, zauważają, że kolejne lata, zimy i jesienie mają już
za sobą.
To dla Maćka zaczęła pisać. Najpierw były
to opowieści na dobranoc, które dojrzewały wraz z wiekiem syna. Potem
postanowiła je spisać, aby wspomnień o nich nie wymazał czas, a poza tym chciała
mu je podarować w prezencie, gdy narodzi się jej pierwszy wnuczek.
Kilka lat temu Kinga namówiła ją, aby
rozesłała maszynopisy do kilku wydawców. Po długich perswazjach doszła do
wniosku, że nic w ten sposób nie traci, a być może uda jej się podreperować
rodzinny budżet. Jakież było jej zdumienie, gdy po ponad pół roku otrzymała odpowiedź od jednego z wydawnictw, że są zainteresowani
publikacją jej opowieści. Teraz miała ich na koncie kilkanaście, dwanaście
niewielkich książeczek, które zajmowały wąską przestrzeń na półce nad jej
biurkiem. Na myśl o przyjaciółce przypomniała sobie, że powinna do niej
zadzwonić i podziękować, za użyczenie lokum.
Z zamyślenia wyrwał ją wibrujący w
kieszeni telefon. Spojrzała na wyświetlacz. Kinga.
-
Chyba czytasz w moich myślach – powiedziała do słuchawki, jednocześnie
odbierając połączenie.
-
Hihi… czyli nic się nie zmieniło – zaśmiała się przyjaciółka. – Opowiadaj.
Zadomowiłaś się już?
-
Powiedzmy. Wstałam godzinę temu i teraz siedzę na plaży.
-
Tak, podenerwuj mnie jeszcze – jęknęła. – Jak ja wytrzymam te trzy tygodnie do
urlopu?
-
Zleci, zobaczysz – pocieszała ją Beata.
-
Nie, jak będę myślała o tym, że się lenisz na mojej plaży. – Pociągnęła
teatralnie nosem. – Raju, Beata, jak ja ci zazdroszczę.
-
Wiem. – Nie udało jej się powstrzymać parsknięcia.
-
Podła jesteś, wiesz?
-
Tak, to też. – Teraz śmiała się już otwarcie.
Po sekundzie Kinga do niej dołączyła.
-
A tak na poważnie – pierwsza uspokoiła się Beata, - to strasznie ci dziękuję.
Tu jest cudownie.
-
Nie ma za co. I tak domek stał pusty, a tym sposobem przewietrzysz go trochę
dla mnie.
-
Wszystko, powiedz tylko słowo. – Zamyśliła się na chwilę. – Wiesz, bramie
przydałoby się malowanie.
-
Ani mi się waż – ofuknęła ją Kinga. – Masz tam wypoczywać, a poza tym –
zaśmiała się chytrze – Krzysiek musi mieć coś do roboty na urlopie, bo zwariuje
z bezczynności.
-
Życie pracoholika.
-
Żebyś wiedziała… A ty masz odpoczywać. Wolna od obowiązków masz za zadanie
pogrążyć się w błogim nic nierobieniu. Zrozumiano?
-
Tak jest, proszę pani – Beata zgodziła się potulnie.
Zaśmiały się obie ponownie.
-
Muszę kończyć, kochanie. – Po jakimś czasie Kinga westchnęła. - Szefowa mnie wzywa. Jak byś czegoś
potrzebowała, to dzwoń. W razie jakiejś awarii, notes z numerami jest w dolnej
szufladzie, w kuchni.
-
Dobrze. Dam sobie radę, nie martw się.
-
Oki. No to buziaki i do usłyszenia. – Kinga cmoknęła w słuchawkę.
-
Buziaki. – Cały czas się uśmiechając, Beata wyłączyła telefon.
Chciała jeszcze posiedzieć na plaży,
popatrzeć na dzieci pluskające się w wodzie, budujące jakieś niezidentyfikowane
budowle. Jednak burczenie w brzuchu uzmysłowiło jej, że ma w domku pustą
lodówkę. Niechętnie wstała i wróciła tą samą drogą.
***
- Chodźmy się pobawić –
zaproponował cichy głosik.
- W co? – spytała
zaciekawiona dziewczynka.
- A w co byś chciała
najbardziej?
- Chciałabym tańczyć z motylami
– Ania westchnęła i z zachwytem spojrzała na różnobarwne plamki, unoszące się
nad łąką po drugiej stronie siatki.
- One zgadzają się, abyś
do nich dołączyła.
- Tak ci powiedziały? –
Dziewczynka nie posiadała się z radości.
- Tak. Może opowiedzą nam jakąś
historię. Co ty na to?
- Oh, tak, tak. – Ania
uwielbiała motyle opowieści. Każdego dnia historia była inna, tak samo jak
codziennie inne motyle unosiły się nad polnymi kwiatami.
***
Beata z zaciekawieniem przyglądała się
małej, jasnowłosej dziewczynce. Biegała i skakała na zielonej łące, ukwieconej
drobnym rumiankiem, słonecznymi jaskrami i mieniącymi się karminem makami.
Wokół niej wirowały kolorowe motyle. Cała plejada barw, bieli, żółci, brązu i
czerwieni unosiła się, to znów opadała, jakby kierowana płynnym ruchem drobnych
ramion dziecka.
Chyba mnie ponosi wyobraźnia, pomyślała.
Ze stojącego, na stoliku obok, odtwarzacza mp3 rozbrzmiewała muzyka ATB. Orbit,
to z pewnością te spokojne dźwięki przywołały na myśl takie, a nie inne
skojarzenie.
-
Aniu, obiad! – Rozległo się wołanie kobiety wychodzącej z brązowo-beżowej
przyczepy.
Pochłonięta zabawą dziewczynka nie
zareagowała. Prawdopodobnie nawet niczego nie usłyszała, pomyślała Beata. Nadal
wykonywała podskoki i obroty, przymykając w rozmarzeniu powieki.
Mama zawołała ją po raz drugi, i kolejny.
Z takim samym efektem. W końcu westchnęła zrezygnowana i postanowiła pójść po
córkę. Gdy otwierała furtkę, natrafiła na spojrzenie Beaty. Uśmiechnęła się
nieśmiało, jakby zawstydzona. Ale czym? Dzieci już tak mają, że jak się bawią,
to zapominają o bożym świecie. Nie jest ani pierwszą, ani ostatnią matką, która
tego doświadczyła.
-
Dzień dobry – powiedziała Beata, uśmiechając się przyjaźnie.
-
Dzień dobry – odpowiedziała kobieta i poszła do córki.
Gdy ją prowadziła z powrotem, unikała
wzroku sąsiadki. Ania szła z opuszczoną głową. Nagle dziewczynka spojrzała na
Beatę i posłała jej najpiękniejszy uśmiech, jaki ta kiedykolwiek widziała. Mimo
iż była zaskoczona, odwzajemniła go. Lecz widząc skrępowanie kobiety, zwróciła
wzrok na laptop, który trzymała na kolanach. Nie chciała jej zdenerwować, ani
wprawić w zakłopotanie, więc wróciła do pracy. Była w połowie opowieści o
chłopcu, który na jedną noc mógł zmienić się w smoka, aby uratować swoich
najbliższych. Miała właśnie opisywać jego przemianę, ale nie mogła się skupić.
Zamiast błoniastych skrzydeł, łusek i szponów miała przed oczami kwiecistą łąkę
z roztańczoną, zwiewną rusałką.





.jpg)