Ważne

Teksty zawarte na tym blogu (poza "Za serce chwyciły") są mojego autorstwa i jako takie okryte prawami autorskimi. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie lub przetwarzanie bez zgody autora jest zabronione. Wszystkie obrazki zamieszczone na tym blogu wyszukuję w internecie. Nie jestem ich autorką, dokonuję jedynie pewnych modyfikacji w domowym zaciszu.

Postanowiłam zdjąć ze Zwierzeń "kłódkę" dla nieletnich, a posty z treściami przeznaczonymi dla osób pełnoletnich opatrzyłam oznaczeniem "+18". Tak więc ostrzegam, jeśli przy tytule posta zobaczysz "osiemnastkę", wchodzisz na własne ryzyko...

sobota, 11 stycznia 2014

Anioł na ramieniu


     Było dobrze po północy, gdy Beata zatrzymała samochód przed zamkniętą, żelazną bramą. Była zmęczona podróżą, lecz jednocześnie zadowolona perspektywą spędzenia dziesięciu dni z dala od zgiełku wielkiego miasta. Myślała w tej chwili tylko o jednym, jak najszybciej zapakować się do widniejącego w mroku domku i paść w objęcia Morfeusza. Niecałe pół godziny później tak też się stało.

     Rankiem, po przebudzeniu przywitał ją radosny trel skowronków. Urzekająca nuta, która sprawiła, że uśmiech samoistnie pojawił się na jej twarzy. Tak, pomyślała. Tego mi było trzeba. Przeciągnęła się leniwie, po czym usiadła i rozejrzała po pomieszczeniu. Spała na poddaszu, tak niewielkim, iż poza rozłożonymi na podłodze piankowymi materacami nie było tu miejsca na nic więcej.

     Zeszła na dół i dopiero teraz przyjrzała się lokum, jakiego użyczyła jej przyjaciółka. Domek był nieduży, w całości wykonany z drewna. Z zewnątrz widniały grubo ciosane deski, a od środka ściany pokrywała jasna boazeria. Parter stanowiły średniej wielkości pokój dzienny z aneksem kuchennym i maleńka łazienka. Pośrodku pomieszczenia stał okrągły, plastikowy stół, a na nim torba podróżna, którą zostawiła w nocy. Zdjęła ją i postawiła obok cepeliowskiej szafy, wciśniętej we wnękę pod schodami, prowadzącymi do jej tymczasowej sypialni. W rogu znajdował się kącik jadalny i używana wersalka, którą Beata pamiętała jeszcze ze starego mieszkania Kingi. Obok niej cztery plastikowe krzesła ustawione jedno na drugim. Poprzez czterodzielne okna wpadły promienie słoneczne, które złocistą smugą kładły się na podłodze pokrytej brązowym linoleum.

     Praktyczne i niedrogie, pomyślała.

     Otworzyła wejściowe drzwi, wpuszczając tym samym do pokoju rozgrzane, letnie powietrze. Wyszła na niewielką, zadaszoną werandę i rozejrzała się po okolicy. Przestrzeń dookoła była podzielona siatką na równej wielkości działki, na których wzrastały domki, mniej lub bardziej podobne do tego, który ona zajmowała. Były tam także kremowe i seledynowe blaszaki, zwane przez znawców przyczepami holenderskimi. I ani żywej duszy. Spojrzała na zegarek, który zapomniała zdjąć wieczorem. Dochodziła dziesiąta. Nic dziwnego, wszyscy wypoczywali na plaży.

     Oparła się o balustradę i wciągnęła w płuca powietrze nasycone zapachem morza, którego - co prawda - nie widziała, ale słyszała jego szum zza oddalonej o jakieś pięćset metrów ściany drzew.

- Cudownie – powiedziała, uśmiechając się do siebie. Wiedziała, że tutaj będzie mogła pracować.

     Weszła do środka i wyniosła  na werandę plastikowe krzesła i stolik. Teraz mogła się swobodnie poruszać po domku, bez obawy, że o coś zawadzi nogą. Odkręciła gaz z butli, stojącej obok dwupalnikowej kuchenki turystycznej i wstawiła wodę na kawę. Zmielone nasiona i kubek, po niedługich poszukiwaniach, znalazła w jednej z wiszących szafek. Przebrała się w bawełniane szorty i koszulkę, a po dziesięciu minutach, siedząc wygodnie i rozkoszując się, otaczającym ją spokojem, powoli smakowała aromatyczny napój.

     Po śniadaniu, który stanowił kabanos, zakupiony poprzedniego wieczoru na stacji benzynowej, udała się na rozpoznanie terenu. Zanotowała w pamięci, żeby po powrocie pojechać na jakieś zakupy. Wolnym krokiem wyszła z obszaru zamieszkanego przez letników i ruszyła w stronę plaży. Mijała pola, pokryte różnymi odcieniami zieleni, od dojrzewającego powoli jęczmienia po kołyszące się na wietrze, ciemnozielone łodygi kukurydzy. Każdy krok wzbijał kurz nad utwardzoną, ziemistą drogą.

     Gdy minęła linię drzew i piaszczysty wał ochronny, znalazła się na niezbyt szerokiej, poprzerastanej na skraju pojedynczymi wysokimi trawami, plaży. Zdjęła klapki i zanurzyła stopy w nagrzanym piasku. Przeszła parę metrów, a gdy usiadła, wystawiła twarz do słońca, wchłaniając jak najwięcej jego pozytywnej energii.

     Rozpościerał się przed nią piękny widok. Czysty nieboskłon naznaczony był jedynie małymi białymi obłokami, przy których bieli jego błękit zdawał się być jeszcze intensywniejszy. Spokojna toń morza mieniła się srebrem i granatem, a łagodne fale jakby od niechcenia wpływały w ląd. Plaża nie była przeludniona, ale nie była też pusta. Zupełne przeciwieństwo tej potwornie zatłoczonej, w Sarbinowie, gdzie jeździła z Maćkiem co roku. Ostatni raz byli tam trzy lata temu, ale nie przypuszczała, aby od tamtego czasu cokolwiek się zmieniło.

     W tym roku, jak i przez ostatnie trzy, Maciek pojechał na obóz żeglarski na Mazury. Jej mały chłopiec był już niemal dorosły. Szesnaście lat. Zastanawiała się kiedy ten czas zleciał. Dla niej było to jak mrugnięcie okiem. Pamiętała, jakby to było wczoraj, jak tuliła do piersi nowonarodzone niemowlę. A dzisiaj… Cóż, taka jest kolej rzeczy. Dzieci dorastają – a rodzice – wraz z nimi. Nie czują upływającego czasu, dopiero po wzrastających latoroślach, zauważają, że kolejne lata, zimy i jesienie mają już za sobą.

     To dla Maćka zaczęła pisać. Najpierw były to opowieści na dobranoc, które dojrzewały wraz z wiekiem syna. Potem postanowiła je spisać, aby wspomnień o nich nie wymazał czas, a poza tym chciała mu je podarować w prezencie, gdy narodzi się jej pierwszy wnuczek.

     Kilka lat temu Kinga namówiła ją, aby rozesłała maszynopisy do kilku wydawców. Po długich perswazjach doszła do wniosku, że nic w ten sposób nie traci, a być może uda jej się podreperować rodzinny budżet. Jakież było jej zdumienie, gdy po ponad pół roku otrzymała odpowiedź  od jednego z wydawnictw, że są zainteresowani publikacją jej opowieści. Teraz miała ich na koncie kilkanaście, dwanaście niewielkich książeczek, które zajmowały wąską przestrzeń na półce nad jej biurkiem. Na myśl o przyjaciółce przypomniała sobie, że powinna do niej zadzwonić i podziękować, za użyczenie lokum.

     Z zamyślenia wyrwał ją wibrujący w kieszeni telefon. Spojrzała na wyświetlacz. Kinga.

- Chyba czytasz w moich myślach – powiedziała do słuchawki, jednocześnie odbierając połączenie.

- Hihi… czyli nic się nie zmieniło – zaśmiała się przyjaciółka. – Opowiadaj. Zadomowiłaś się już?

- Powiedzmy. Wstałam godzinę temu i teraz siedzę na plaży.

- Tak, podenerwuj mnie jeszcze – jęknęła. – Jak ja wytrzymam te trzy tygodnie do urlopu?

- Zleci, zobaczysz – pocieszała ją Beata.

- Nie, jak będę myślała o tym, że się lenisz na mojej plaży. – Pociągnęła teatralnie nosem. – Raju, Beata, jak ja ci zazdroszczę.

- Wiem. – Nie udało jej się powstrzymać parsknięcia.

- Podła jesteś, wiesz?

- Tak, to też. – Teraz śmiała się już otwarcie.

     Po sekundzie Kinga do niej dołączyła.

- A tak na poważnie – pierwsza uspokoiła się Beata, - to strasznie ci dziękuję. Tu jest cudownie.

- Nie ma za co. I tak domek stał pusty, a tym sposobem przewietrzysz go trochę dla mnie.

- Wszystko, powiedz tylko słowo. – Zamyśliła się na chwilę. – Wiesz, bramie przydałoby się malowanie.

- Ani mi się waż – ofuknęła ją Kinga. – Masz tam wypoczywać, a poza tym – zaśmiała się chytrze – Krzysiek musi mieć coś do roboty na urlopie, bo zwariuje z bezczynności.

- Życie pracoholika.

- Żebyś wiedziała… A ty masz odpoczywać. Wolna od obowiązków masz za zadanie pogrążyć się w błogim nic nierobieniu. Zrozumiano?

- Tak jest, proszę pani – Beata zgodziła się potulnie.

     Zaśmiały się obie ponownie.

- Muszę kończyć, kochanie. – Po jakimś czasie Kinga westchnęła. -  Szefowa mnie wzywa. Jak byś czegoś potrzebowała, to dzwoń. W razie jakiejś awarii, notes z numerami jest w dolnej szufladzie, w kuchni.

- Dobrze. Dam sobie radę, nie martw się.

- Oki. No to buziaki i do usłyszenia. – Kinga cmoknęła w słuchawkę.

- Buziaki. – Cały czas się uśmiechając, Beata wyłączyła telefon.

     Chciała jeszcze posiedzieć na plaży, popatrzeć na dzieci pluskające się w wodzie, budujące jakieś niezidentyfikowane budowle. Jednak burczenie w brzuchu uzmysłowiło jej, że ma w domku pustą lodówkę. Niechętnie wstała i wróciła tą samą drogą.


***



- Chodźmy się pobawić – zaproponował cichy głosik.

- W co? – spytała zaciekawiona dziewczynka.

- A w co byś chciała najbardziej?

- Chciałabym tańczyć z motylami – Ania westchnęła i z zachwytem spojrzała na różnobarwne plamki, unoszące się nad łąką po drugiej stronie siatki.

- One zgadzają się, abyś do nich dołączyła.

- Tak ci powiedziały? – Dziewczynka nie posiadała się z radości.

- Tak. Może opowiedzą nam jakąś historię. Co ty na to?

- Oh, tak, tak. – Ania uwielbiała motyle opowieści. Każdego dnia historia była inna, tak samo jak codziennie inne motyle unosiły się nad polnymi kwiatami.



***


     Beata z zaciekawieniem przyglądała się małej, jasnowłosej dziewczynce. Biegała i skakała na zielonej łące, ukwieconej drobnym rumiankiem, słonecznymi jaskrami i mieniącymi się karminem makami. Wokół niej wirowały kolorowe motyle. Cała plejada barw, bieli, żółci, brązu i czerwieni unosiła się, to znów opadała, jakby kierowana płynnym ruchem drobnych ramion dziecka.

     Chyba mnie ponosi wyobraźnia, pomyślała. Ze stojącego, na stoliku obok, odtwarzacza mp3 rozbrzmiewała muzyka ATB. Orbit, to z pewnością te spokojne dźwięki przywołały na myśl takie, a nie inne skojarzenie.

- Aniu, obiad! – Rozległo się wołanie kobiety wychodzącej z brązowo-beżowej przyczepy.

     Pochłonięta zabawą dziewczynka nie zareagowała. Prawdopodobnie nawet niczego nie usłyszała, pomyślała Beata. Nadal wykonywała podskoki i obroty, przymykając w rozmarzeniu powieki.

     Mama zawołała ją po raz drugi, i kolejny. Z takim samym efektem. W końcu westchnęła zrezygnowana i postanowiła pójść po córkę. Gdy otwierała furtkę, natrafiła na spojrzenie Beaty. Uśmiechnęła się nieśmiało, jakby zawstydzona. Ale czym? Dzieci już tak mają, że jak się bawią, to zapominają o bożym świecie. Nie jest ani pierwszą, ani ostatnią matką, która tego doświadczyła.

- Dzień dobry – powiedziała Beata, uśmiechając się przyjaźnie.

- Dzień dobry – odpowiedziała kobieta i poszła do córki.

     Gdy ją prowadziła z powrotem, unikała wzroku sąsiadki. Ania szła z opuszczoną głową. Nagle dziewczynka spojrzała na Beatę i posłała jej najpiękniejszy uśmiech, jaki ta kiedykolwiek widziała. Mimo iż była zaskoczona, odwzajemniła go. Lecz widząc skrępowanie kobiety, zwróciła wzrok na laptop, który trzymała na kolanach. Nie chciała jej zdenerwować, ani wprawić w zakłopotanie, więc wróciła do pracy. Była w połowie opowieści o chłopcu, który na jedną noc mógł zmienić się w smoka, aby uratować swoich najbliższych. Miała właśnie opisywać jego przemianę, ale nie mogła się skupić. Zamiast błoniastych skrzydeł, łusek i szponów miała przed oczami kwiecistą łąkę z roztańczoną, zwiewną rusałką.

środa, 8 stycznia 2014

Za Tobą (+18)



tęskniłam za Tobą… za Tobą… we mnie…

wzywając Twe imię nocami, nadaremnie…

w potrzebie bezkresnej, co duszę siniaczy…

z sercem łkającym w samotnej rozpaczy…

czekając Ciebie, ramion ukochanych…

dotyku dłoni, pocałunków znanych…

co sprawią, że myśli ulecą ponure…

unosząc mnie dzisiaj na szczyt, na samą górę…

radości, rozkoszy nieokiełznanej…

tylko nam dwojgu tej nocy danej…



poniedziałek, 6 stycznia 2014

Uśmiech wspomnień




       Powszedni, pogodny dzień. Słońce uparcie kładło swoje promienie na kamiennych nagrobkach, zupełnie jakby chciało przegnać ich przejmujący chłód.
     Stał wpatrzony w ciemną, granitową płytę, która nie wyróżniała się niczym spośród innych, zajmujących niemal każdy wolny centymetr tego niewielkiego podmiejskiego cmentarza. Imię, nazwisko, dwie daty. Standardowe „Pokój jej duszy” czyniło pomnik przeciętnym aż do bólu.

     Ona też była przeciętna, dla innych, lecz nie dla niego. Była tą jedyną, właściwą dla niego połówką. Wiedział o tym od tamtego dnia, od pierwszego przypadkowego spotkania na dworcu autobusowym. Przelotne spojrzenie niebieskich oczu, dźwięczny śmiech w ciągu króciusieńkiej chwili sprawiły, że jego poukładany do tej pory świat stanął na głowie. Przecież jego priorytetem były studia, umilane niezobowiązującymi znajomościami, a znalezienie właściwej kobiety, założenie rodziny znajdowały się na końcu listy.

     Najwyraźniej los miał własny plan, pisał najmniej oczekiwany scenariusz.

     Ta drobna istota tak intensywnie, a jednocześnie bezwiednie wtargnęła w jego życie, że niemożliwym było się przed tym uchronić. To uczucie, jakie w nim wzbudzała, było silniejsze od wszystkiego, co go do tej pory spotkało.

     Czy była piękna? Dla niego z pewnością. Jednakże koledzy dziwili się, kiedy wyczekiwane, szalone wakacje, mające być zasłużonym wypoczynkiem po zakończonej sesji, zamienił w uparty, powolny podbój terenu, który nie wydawał im się nawet specjalnie interesujący. Niewiele go obchodziło, co o jego guście sądzili kuple, nie tym razem. Co dziwne, nawet mu odpowiadało, że nie uważali dziewczyny za atrakcyjną, aczkolwiek było to dla niego całkowicie niezrozumiałe.

     Za każdym razem, gdy na nią spoglądał, nie był w stanie odwrócić wzroku. Zwłaszcza, gdy w skąpym czarnym bikini wbiegała pomiędzy spienione morskie fale. Obserwując napinające się pod brzoskwiniową skórą, wyćwiczone mięśnie, czuł jak jego tętno przyspiesza, a krew uderza mu do głowy… i nie tylko. Czy tak wyglądała Wenus wyłaniająca się z turkusowej toni Morza Śródziemnego? Było to dla niego jak najbardziej logiczne, mimo iż według innych miała za małe piersi i zbyt szerokie biodra. Gdy zamyślona spacerowała po rozgrzanym piasku, z trudem powstrzymywał się przed zarzuceniem na nią plażowego ręcznika, a najlepiej jutowego worka. Tak, żeby żadne inne męskie spojrzenie nie mogło spocząć na jej prawie nagim ciele. Ta przyjemność była zarezerwowana tylko dla niego.

     Wiedział, że nigdy nie zapomni tamtego lata. Pamiętał każdą wspólnie spędzoną chwilę, każdy pojedynczy uśmiech, gest. Wystarczyło, że zamknął oczy i już widział drobną twarz w kształcie serca okoloną burzą brązowych loków. Potrafił odtworzyć w pamięci, tak bardzo go ujmujący ruch, jakim zakładała za ucho frywolne, nieposłuszne pasmo włosów. Sposób, w jaki się poruszała, siadała, czy wykonywała najzwyklejsze codzienne czynności, był na zawsze zapisany w jego wspomnieniach. Idealnie potrafił odtworzyć tempo, w którym stukała wypielęgnowanymi, równo przyciętymi paznokciami o blat stołu, gdy zastanawiała się nad jakimś trudniejszym hasłem do krzyżówki.

     Chwila, w której usłyszał te upragnione słowa, była najpiękniejszą w jego całym życiu. Przez moment patrzyła na niego spod przymrużonych powiek. Ze ściągniętymi, ciemnymi brwiami wyglądała jakby właśnie podejmowała decyzję. Przygryzała nerwowo zbyt pełną dolną wargę, co wraz z cichym „Mhmm…”  totalnie go przeraziło. Nagle, w ułamku sekundy jej twarz się rozluźniła. Oczy w kształcie migdałów spojrzały na niego uważnie, a wypływające z nich łagodność i  siła jednocześnie, sprawiły, że mógł zatonąć w ich bezkresnym błękicie. Znał odpowiedź, zanim ją usłyszał wypowiadaną miękkim, lekko chrypiącym głosem.

     Spędzili razem cudowne chwile. Dała mu tak wiele, całą siebie… i jeszcze więcej. Gdy ją tracił, czuł, że wali mu się na głowę cały świat. Z wymęczoną twarzą spojrzała na niego poprzez łzy i wyszeptała czule „Kocham Was”. Potem zamknęła oczy, a wyraz zmęczenia opuścił jej oblicze, zupełnie jakby zabrał go jakiś dobry duch.



     Otrząsnął się ze wspomnień i spojrzał na drobną sześciolatkę, która mocno zaciskała swoją maleńką rączkę wokół jego. Uśmiechnął się do córki, a ona odwdzięczyła się tym samym. Emilka miała po mamie nie tylko imię. Odziedziczyła po niej także oczy, mocno zarysowane kości policzkowe i prosty, dostojny nos. A gdy patrzył jak składa do uśmiechu swoje różowe usteczka, wiedział, że jego żona nadal żyje.


niedziela, 5 stycznia 2014

Zwierzenia o północy


***&***


miasto już śpi ciszą otulone…

i dzieci w łóżkach… matki zmęczone…

a księżyc swój blask hojnie na dół zsyła…

dając mi znak, że to jest ta chwila…

dla mnie jedynej i dla niego gdzieś tam nade mną…

w łaskawości serca łuną twórczości spowija mnie zwiewną…

dając mi wtedy w słowach zapomnienie…

gdy Ciebie tu nie ma… jest tylko… pragnienie…