Ważne

Teksty zawarte na tym blogu (poza "Za serce chwyciły") są mojego autorstwa i jako takie okryte prawami autorskimi. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie lub przetwarzanie bez zgody autora jest zabronione. Wszystkie obrazki zamieszczone na tym blogu wyszukuję w internecie. Nie jestem ich autorką, dokonuję jedynie pewnych modyfikacji w domowym zaciszu.

Postanowiłam zdjąć ze Zwierzeń "kłódkę" dla nieletnich, a posty z treściami przeznaczonymi dla osób pełnoletnich opatrzyłam oznaczeniem "+18". Tak więc ostrzegam, jeśli przy tytule posta zobaczysz "osiemnastkę", wchodzisz na własne ryzyko...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2014

Życzenie

O miłości... na Walentynki...


     Kolejny rok minął… i kolejne naręcze kwiatów niosła przed sobą. Wielobarwne, upajające swym zapachem były tak wysokie, że nie widziała chodnika na dobre półtora metra przed sobą. Pozbawiona chociażby minimalnej widoczności musiała stawiać niepewne kroki na ślepo. Szła bardzo ostrożnie obawiając się powtórki z ubiegłej zimy. Nabawiła się wtedy kilku siniaków i zadrapań, zniszczyła prawie wszystkie bukiety, ale najgorszy był wstyd, gdy wyłożyła się jak długa tuż przed stopami nieznajomego.
     Na samo wspomnienie tamtego incydentu oblał ją rumieniec zażenowania. Mijała właśnie kiosk, przy którym to się wydarzyło. Zerknęła ukradkiem na szybę, za którą były wystawione czasopisma z takimi samymi jak co roku krzykliwymi nagłówkami: „14 Luty – Święto Zakochanych”, „Najlepszy prezent dla niego/niej na Walentynki”… i tym podobne.
     Odwróciła szybko wzrok od wystawy skupiając uwagę ponownie na swoich krokach. To przez własne roztargnienie i zagapienie na kolorową okładkę jej ostatnie imieniny były jeszcze bardziej żałosne niż zwykle. Moi rodzice byli albo okrutni albo niepoważni dając mi na imię Liliana, myślała. Nie dość, że urodziny i imieniny obchodziła tego samego dnia, to jeszcze wypadały 14 lutego. Oni sami zawsze uważali to za bardzo zabawne i… romantyczne… Być może było to romantyczne, ale dla tego, kto miał się z kim tym romantyzmem dzielić. Nie tak jak ona…
     Zacisnąwszy zęby potrząsnęła głową, żeby zrzucić z twarzy niesforne pasma włosów, którymi mroźny wiatr smagał ją po zaczerwienionych policzkach. Mogła założyć czapkę, wtedy rude kosmyki miałaby pod kontrolą, ale była wystarczająco zgrzana dźwigając przed sobą połowę zaopatrzenia niewielkiej kwiaciarni. Bardziej na pamięć niż rozpoznając okolicę skręciła w prawo i po kilku sekundach znalazła się pod zadaszonym wejściem do niewielkiego baru. Nie mając innej możliwości uderzyła z impetem biodrem w drzwi, które pod naciskiem ustąpiły otwierając się do środka.
     Gdy tylko przekroczyła próg, uderzył ją intensywny zapach drewna  cedrowego i tej słodko-alkoholowej mieszanki charakterystycznej dla dość często odwiedzanych aczkolwiek nie najnowszych lokali.
- Witaj, mała. – Z uśmiechem na ustach podszedł do niej siwiejący mężczyzna i uwolnił od ciężaru kwiatów.
- Cześć, wujku – odpowiedziała po czym cmoknęła go w policzek. – Dziękuję – dodała próbując rozluźnić zesztywniałe mięśnie rąk.
- Nie ma za co, kochanie. – Mrugnął do niej. – Dobrze się nimi zaopiekuję – obiecał, oddalając się w stronę pomieszczeń dla personelu.
- Wujku…? – chciała zapytać.
- Ten sam, co zwykle – krzyknął nawet się nie odwracając.
- Dzięki – zawołała za nim, po czym weszła do dość dużej, ale przytulnie urządzonej sali.
     Wzrokiem odnalazła ustawiony w zaułku niewielki okrągły stolik. Rozpięła płaszcz, przygładziła potargane włosy i wkroczyła do zalanego pomarańczowo-zielonym światłem pomieszczenia. Całe szczęście, że bar nie cieszył się zbyt dużą popularnością w takie dni jak dzisiaj. Dzięki temu bez skrępowania mogła przejść całą długość sali ku swojemu stałemu miejscu.
     Niedbale rzuciła odzienie na oparcie drewnianego krzesła, natomiast sama usiadła na drugim, identycznym. Jedna część wieczoru odbębniona, pomyślała gorzko i ciężko westchnęła. Zacisnęła mocno powieki próbując przełknąć ogarniający ją smutek. Gdy je otworzyła, skupiła wzrok na niewielkiej świeczce w kształcie serca. Zaśmiała się w duchu, dobrze, że był to jeden z niewielu walentynkowych akcentów  upiększających bar w tak „szczególnym” dniu.
     Rozejrzała się dookoła. Pomieszczenie było wypełnione kilkunastoma sześcio- i ośmioosobowymi stolikami. Jedynie pod ścianami, jak gdyby poupychane stały dwuosobowe, przedzielone ciemnymi przenośnymi przepierzeniami mającymi stwarzać imitację intymności. Te ażurowe trzyskrzydłowe parawany zostały ustawione specjalnie na dzisiaj, tak samo jak szkarłatne, płonące serca na każdym stoliku. Normalnie były to białe słojowe świece, umieszczone w przeźroczystych kloszach.
     W lokalu oprócz niej były jeszcze dwie niewielkie grupy, zajmujące miejsca po środku sali, oczywiście mieszane. Podwójne randki, albo zwykłe przyjacielskie wypady, gdyż to miejsce nie nadawało się na romantyczne spotkania. Nie było jeszcze dwudziestej pierwszej, wieczór dopiero się rozkręcał. Niedługo zaczną się schodzić wracające z kinowych seansów gromady roześmianych ludzi pragnących zaspokoić pragnienie po zbyt słonym popcornie. Na szczęście ona już wtedy będzie się powoli zbierała do domu.
     Zerknęła w lewo i zobaczyła uśmiechającego się do niej znad wypolerowanego kontuaru barmana. Pomachała mu ręką, na co on wskazał na dziewczynę palcem, dając jej do zrozumienia, że ma ją na oku. Pokręciła głową pozwalając, alby uśmiech zagościł na jej twarzy.
     Nie miała prawa narzekać, otaczali ją naprawdę mili ludzie. Obserwujący ją zza baru Witek,  łysiejący mężczyzna po czterdziestce dopilnuje, by nie smutniała na zbyt długo. Jednak za kilka godzin wróci do domu, do żony i dwójki dorastających córek, a ona… do czterech pustych ścian i miauczącej kulki futra, która będzie jej robiła wyrzuty za tak długie pozostawienie bez opieki.
     Był jeszcze wujek Andrzej, który właśnie szedł do niej niosąc szerokie cynowe wiadro wypełnione kwiatami. Postawił je na krześle obok, które przestawił tak, iż po przeciwnej stronie blatu widziała obfite kwiatostany.
     Oto i moja randka, pomyślała.
- Czy to naprawdę konieczne? – spytała z nadzieją w głosie. Najchętniej by je zostawiła na zapleczu.
- Jak najbardziej – odparł pewnym głosem. – To twoje kwiaty. Są piękne i powinnaś się nimi chwalić.
- Ale dzisiaj….
- Co… dzisiaj….? Dzień jak każdy – nie dał dziewczynie dokończyć zdania. – Żadne „niby-święto” wymyślone przez kwiaciarzy nie powinno odbierać radości celebrowania tego prawdziwego. – Uśmiechnął się ciepło.
- Masz rację – westchnęła. Wiedziała, że nie ma co dyskutować z tym upartym mężczyzną, który na równi z ojcem zmieniał jej pieluchy.
- Wszystkiego najlepszego! – zawołał podchodzący do nich Witek. Niósł niewielką tacę, na której stało ciastko tortowe z zapaloną jedną świeczką i Blue Curaçao.
- Ciszej… - ofuknęła go, rozglądając się wokół. Z ulgą spostrzegła, że i owszem kilka osób podniosło na nich wzrok, ale po chwili wrócili do przerwanej rozmowy.
- Nie marudź ponuraku i pomyśl życzenie. – Starszy mężczyzna zdjął talerzyk z deserem i czekał, aż dziewczyna zdmuchnie świeczkę.
     Liliana zamknęła oczy i pomyślała o męskich ramionach dających ciepło, zapewniających bezpieczeństwo. Wzięła głęboki wdech po czym zdmuchnęła niewielki drgający płomień.
- Zadowoleni…? – zapytała, spoglądając na nich z wyrzutem i biorąc od barmana drinka.
- Oczywiście – odpowiedzieli niemal równocześnie.
- Oh… wy… - mruknęła. Pokręciła głową i spokojniejszym głosem dodała. – Nie przejmujcie się mną i wracajcie do swoich obowiązków.
- Na razie, mała… - powiedział właściciel, całując ją w policzek.
- Daj znać, jak będziesz czegoś potrzebowała – szepnął konspiracyjnie Witek i oddalił się w ślad za swoim szefem.
- Jasne…. – Uśmiechnęła się z nadzieją, że teraz będzie miała chwilę spokoju.
     Uniosła kieliszek do ust i wzięła spory łyk. Piekące ciepło przyjemnie rozgrzało jej zmarznięte wargi, a po chwili poczuła, jak rozlewa się po jej organizmie. Tak, tylko tego potrzebowała, żadnych życzeń, litościwych spojrzeń. Wystarczała odrobina ulubionego alkoholu, który łagodził ból i pustkę… przynajmniej na chwilę… kilka godzin… jeden wieczór.
     Podniosła drinka w toaście skierowanym ku stojącym naprzeciwko kwiatom.
- Za Walentynki, moje drogie. Święto wymyślone przez tych, co chcą zarobić na marzeniach i naiwności innych. – Niemal połowę objętości upiła jednym haustem, po czym przymknęła powieki. Gdy otworzyła oczy, lśniły w nich łzy - wywołane pieczeniem w przełyku… oczywiście.
     Patrząc na puszące się płatki i dumnie sterczące łodygi, poczuła złość. Najchętniej zrzuciłaby ten gąszcz  na podłogę i odtańczyła na nim dziki taniec zniszczenia. To była bezlitosna ironia losu. Chyba żadna inna kobieta nie dostawała w tym dniu tylu kwiatów  co ona. Ale co z tego, skoro żaden z nich nie został podarowany we właściwej intencji. Symbolizowały różne rzeczy: przyjaźń, oddanie, zaufanie… lecz także i litość. Nikt z jej bliskich by się do tego nie przyznał, ale tak było. Litość – ponieważ nawet jeden płatek nie mówił „Kocham Cię”.
     Sama nie wiedziała dlaczego. Nie była pięknością, jednak szkaradą również nie można było jej nazwać. Obiektywnie mówiąc – na tyle na, ile to było możliwe – zaliczała się do tych przeciętnych. Nie raz widziała brzydszą od siebie dziewczynę, która odnajdywała cały świat w ramionach tego właściwego mężczyzny. Dlaczego nie ona..? W przyszłym roku stuknie jej trzydziestka, a ona do tej pory nie skrzyżowała swojego spojrzenia z drugim, obiecującym najsłodsze tajemnice jakie może dzielić mężczyzna z kobietą, które nadało by jej sercu rytm podobny do szalonego tętentu końskich kopyt. Jedyny raz, gdy czuła coś, co można było z tym porównać, był w zeszłym roku, gdy ze wstydem masowała zdarte kolano w obecności obcego mężczyzny, który zbierał rozsypane wokół morze kwiatów.
     Pragnęła tego uczucia,  marzyła o tym, tęskniła tak bardzo… Mimo iż nigdy go nie zaznała, wiedziała, że jest do tego zdolna, że jej życie osiągnie pełnię dopiero wtedy, gdy zaleje je słodka miłość przetykana jak złotą nitką, palącą namiętnością… Bo tak powinno być. Wielokrotnie zasypiając w zimnym łóżku odczuwała wszechogarniającą, druzgocącą potrzebę każdego skrawka swojego ciała, pragnienie ciepła, bliskości, swojej dłoni w większej, silniejszej…. zaborczego dotyku męskich ust na własnych.
     Przestań! Zbeształa się w myślach. Wiedziała, że wystarczyłaby chwila i znów zagalopowałaby się w swojej wyobraźni. Lecz tym razem nie była sama. Może później, gdy wypije drugiego albo trzeciego drinka… w swoim domu… pójdzie na całość… Oszuka swoje ciało stwarzając imitację miłości.
     Miłość. Czy poznała kiedyś jej smak? Tak… chyba…. Czy była prawdziwa…? Raczej nie.  Gdyby to było TO, trwałoby nadal. Czyż nie..? Uczucie szczęściem wypełniałoby jej żyły, a ona z pewnością nie siedziałaby tu dzisiaj sama…

sobota, 11 stycznia 2014

Anioł na ramieniu


     Było dobrze po północy, gdy Beata zatrzymała samochód przed zamkniętą, żelazną bramą. Była zmęczona podróżą, lecz jednocześnie zadowolona perspektywą spędzenia dziesięciu dni z dala od zgiełku wielkiego miasta. Myślała w tej chwili tylko o jednym, jak najszybciej zapakować się do widniejącego w mroku domku i paść w objęcia Morfeusza. Niecałe pół godziny później tak też się stało.

     Rankiem, po przebudzeniu przywitał ją radosny trel skowronków. Urzekająca nuta, która sprawiła, że uśmiech samoistnie pojawił się na jej twarzy. Tak, pomyślała. Tego mi było trzeba. Przeciągnęła się leniwie, po czym usiadła i rozejrzała po pomieszczeniu. Spała na poddaszu, tak niewielkim, iż poza rozłożonymi na podłodze piankowymi materacami nie było tu miejsca na nic więcej.

     Zeszła na dół i dopiero teraz przyjrzała się lokum, jakiego użyczyła jej przyjaciółka. Domek był nieduży, w całości wykonany z drewna. Z zewnątrz widniały grubo ciosane deski, a od środka ściany pokrywała jasna boazeria. Parter stanowiły średniej wielkości pokój dzienny z aneksem kuchennym i maleńka łazienka. Pośrodku pomieszczenia stał okrągły, plastikowy stół, a na nim torba podróżna, którą zostawiła w nocy. Zdjęła ją i postawiła obok cepeliowskiej szafy, wciśniętej we wnękę pod schodami, prowadzącymi do jej tymczasowej sypialni. W rogu znajdował się kącik jadalny i używana wersalka, którą Beata pamiętała jeszcze ze starego mieszkania Kingi. Obok niej cztery plastikowe krzesła ustawione jedno na drugim. Poprzez czterodzielne okna wpadły promienie słoneczne, które złocistą smugą kładły się na podłodze pokrytej brązowym linoleum.

     Praktyczne i niedrogie, pomyślała.

     Otworzyła wejściowe drzwi, wpuszczając tym samym do pokoju rozgrzane, letnie powietrze. Wyszła na niewielką, zadaszoną werandę i rozejrzała się po okolicy. Przestrzeń dookoła była podzielona siatką na równej wielkości działki, na których wzrastały domki, mniej lub bardziej podobne do tego, który ona zajmowała. Były tam także kremowe i seledynowe blaszaki, zwane przez znawców przyczepami holenderskimi. I ani żywej duszy. Spojrzała na zegarek, który zapomniała zdjąć wieczorem. Dochodziła dziesiąta. Nic dziwnego, wszyscy wypoczywali na plaży.

     Oparła się o balustradę i wciągnęła w płuca powietrze nasycone zapachem morza, którego - co prawda - nie widziała, ale słyszała jego szum zza oddalonej o jakieś pięćset metrów ściany drzew.

- Cudownie – powiedziała, uśmiechając się do siebie. Wiedziała, że tutaj będzie mogła pracować.

     Weszła do środka i wyniosła  na werandę plastikowe krzesła i stolik. Teraz mogła się swobodnie poruszać po domku, bez obawy, że o coś zawadzi nogą. Odkręciła gaz z butli, stojącej obok dwupalnikowej kuchenki turystycznej i wstawiła wodę na kawę. Zmielone nasiona i kubek, po niedługich poszukiwaniach, znalazła w jednej z wiszących szafek. Przebrała się w bawełniane szorty i koszulkę, a po dziesięciu minutach, siedząc wygodnie i rozkoszując się, otaczającym ją spokojem, powoli smakowała aromatyczny napój.

     Po śniadaniu, który stanowił kabanos, zakupiony poprzedniego wieczoru na stacji benzynowej, udała się na rozpoznanie terenu. Zanotowała w pamięci, żeby po powrocie pojechać na jakieś zakupy. Wolnym krokiem wyszła z obszaru zamieszkanego przez letników i ruszyła w stronę plaży. Mijała pola, pokryte różnymi odcieniami zieleni, od dojrzewającego powoli jęczmienia po kołyszące się na wietrze, ciemnozielone łodygi kukurydzy. Każdy krok wzbijał kurz nad utwardzoną, ziemistą drogą.

     Gdy minęła linię drzew i piaszczysty wał ochronny, znalazła się na niezbyt szerokiej, poprzerastanej na skraju pojedynczymi wysokimi trawami, plaży. Zdjęła klapki i zanurzyła stopy w nagrzanym piasku. Przeszła parę metrów, a gdy usiadła, wystawiła twarz do słońca, wchłaniając jak najwięcej jego pozytywnej energii.

     Rozpościerał się przed nią piękny widok. Czysty nieboskłon naznaczony był jedynie małymi białymi obłokami, przy których bieli jego błękit zdawał się być jeszcze intensywniejszy. Spokojna toń morza mieniła się srebrem i granatem, a łagodne fale jakby od niechcenia wpływały w ląd. Plaża nie była przeludniona, ale nie była też pusta. Zupełne przeciwieństwo tej potwornie zatłoczonej, w Sarbinowie, gdzie jeździła z Maćkiem co roku. Ostatni raz byli tam trzy lata temu, ale nie przypuszczała, aby od tamtego czasu cokolwiek się zmieniło.

     W tym roku, jak i przez ostatnie trzy, Maciek pojechał na obóz żeglarski na Mazury. Jej mały chłopiec był już niemal dorosły. Szesnaście lat. Zastanawiała się kiedy ten czas zleciał. Dla niej było to jak mrugnięcie okiem. Pamiętała, jakby to było wczoraj, jak tuliła do piersi nowonarodzone niemowlę. A dzisiaj… Cóż, taka jest kolej rzeczy. Dzieci dorastają – a rodzice – wraz z nimi. Nie czują upływającego czasu, dopiero po wzrastających latoroślach, zauważają, że kolejne lata, zimy i jesienie mają już za sobą.

     To dla Maćka zaczęła pisać. Najpierw były to opowieści na dobranoc, które dojrzewały wraz z wiekiem syna. Potem postanowiła je spisać, aby wspomnień o nich nie wymazał czas, a poza tym chciała mu je podarować w prezencie, gdy narodzi się jej pierwszy wnuczek.

     Kilka lat temu Kinga namówiła ją, aby rozesłała maszynopisy do kilku wydawców. Po długich perswazjach doszła do wniosku, że nic w ten sposób nie traci, a być może uda jej się podreperować rodzinny budżet. Jakież było jej zdumienie, gdy po ponad pół roku otrzymała odpowiedź  od jednego z wydawnictw, że są zainteresowani publikacją jej opowieści. Teraz miała ich na koncie kilkanaście, dwanaście niewielkich książeczek, które zajmowały wąską przestrzeń na półce nad jej biurkiem. Na myśl o przyjaciółce przypomniała sobie, że powinna do niej zadzwonić i podziękować, za użyczenie lokum.

     Z zamyślenia wyrwał ją wibrujący w kieszeni telefon. Spojrzała na wyświetlacz. Kinga.

- Chyba czytasz w moich myślach – powiedziała do słuchawki, jednocześnie odbierając połączenie.

- Hihi… czyli nic się nie zmieniło – zaśmiała się przyjaciółka. – Opowiadaj. Zadomowiłaś się już?

- Powiedzmy. Wstałam godzinę temu i teraz siedzę na plaży.

- Tak, podenerwuj mnie jeszcze – jęknęła. – Jak ja wytrzymam te trzy tygodnie do urlopu?

- Zleci, zobaczysz – pocieszała ją Beata.

- Nie, jak będę myślała o tym, że się lenisz na mojej plaży. – Pociągnęła teatralnie nosem. – Raju, Beata, jak ja ci zazdroszczę.

- Wiem. – Nie udało jej się powstrzymać parsknięcia.

- Podła jesteś, wiesz?

- Tak, to też. – Teraz śmiała się już otwarcie.

     Po sekundzie Kinga do niej dołączyła.

- A tak na poważnie – pierwsza uspokoiła się Beata, - to strasznie ci dziękuję. Tu jest cudownie.

- Nie ma za co. I tak domek stał pusty, a tym sposobem przewietrzysz go trochę dla mnie.

- Wszystko, powiedz tylko słowo. – Zamyśliła się na chwilę. – Wiesz, bramie przydałoby się malowanie.

- Ani mi się waż – ofuknęła ją Kinga. – Masz tam wypoczywać, a poza tym – zaśmiała się chytrze – Krzysiek musi mieć coś do roboty na urlopie, bo zwariuje z bezczynności.

- Życie pracoholika.

- Żebyś wiedziała… A ty masz odpoczywać. Wolna od obowiązków masz za zadanie pogrążyć się w błogim nic nierobieniu. Zrozumiano?

- Tak jest, proszę pani – Beata zgodziła się potulnie.

     Zaśmiały się obie ponownie.

- Muszę kończyć, kochanie. – Po jakimś czasie Kinga westchnęła. -  Szefowa mnie wzywa. Jak byś czegoś potrzebowała, to dzwoń. W razie jakiejś awarii, notes z numerami jest w dolnej szufladzie, w kuchni.

- Dobrze. Dam sobie radę, nie martw się.

- Oki. No to buziaki i do usłyszenia. – Kinga cmoknęła w słuchawkę.

- Buziaki. – Cały czas się uśmiechając, Beata wyłączyła telefon.

     Chciała jeszcze posiedzieć na plaży, popatrzeć na dzieci pluskające się w wodzie, budujące jakieś niezidentyfikowane budowle. Jednak burczenie w brzuchu uzmysłowiło jej, że ma w domku pustą lodówkę. Niechętnie wstała i wróciła tą samą drogą.


***



- Chodźmy się pobawić – zaproponował cichy głosik.

- W co? – spytała zaciekawiona dziewczynka.

- A w co byś chciała najbardziej?

- Chciałabym tańczyć z motylami – Ania westchnęła i z zachwytem spojrzała na różnobarwne plamki, unoszące się nad łąką po drugiej stronie siatki.

- One zgadzają się, abyś do nich dołączyła.

- Tak ci powiedziały? – Dziewczynka nie posiadała się z radości.

- Tak. Może opowiedzą nam jakąś historię. Co ty na to?

- Oh, tak, tak. – Ania uwielbiała motyle opowieści. Każdego dnia historia była inna, tak samo jak codziennie inne motyle unosiły się nad polnymi kwiatami.



***


     Beata z zaciekawieniem przyglądała się małej, jasnowłosej dziewczynce. Biegała i skakała na zielonej łące, ukwieconej drobnym rumiankiem, słonecznymi jaskrami i mieniącymi się karminem makami. Wokół niej wirowały kolorowe motyle. Cała plejada barw, bieli, żółci, brązu i czerwieni unosiła się, to znów opadała, jakby kierowana płynnym ruchem drobnych ramion dziecka.

     Chyba mnie ponosi wyobraźnia, pomyślała. Ze stojącego, na stoliku obok, odtwarzacza mp3 rozbrzmiewała muzyka ATB. Orbit, to z pewnością te spokojne dźwięki przywołały na myśl takie, a nie inne skojarzenie.

- Aniu, obiad! – Rozległo się wołanie kobiety wychodzącej z brązowo-beżowej przyczepy.

     Pochłonięta zabawą dziewczynka nie zareagowała. Prawdopodobnie nawet niczego nie usłyszała, pomyślała Beata. Nadal wykonywała podskoki i obroty, przymykając w rozmarzeniu powieki.

     Mama zawołała ją po raz drugi, i kolejny. Z takim samym efektem. W końcu westchnęła zrezygnowana i postanowiła pójść po córkę. Gdy otwierała furtkę, natrafiła na spojrzenie Beaty. Uśmiechnęła się nieśmiało, jakby zawstydzona. Ale czym? Dzieci już tak mają, że jak się bawią, to zapominają o bożym świecie. Nie jest ani pierwszą, ani ostatnią matką, która tego doświadczyła.

- Dzień dobry – powiedziała Beata, uśmiechając się przyjaźnie.

- Dzień dobry – odpowiedziała kobieta i poszła do córki.

     Gdy ją prowadziła z powrotem, unikała wzroku sąsiadki. Ania szła z opuszczoną głową. Nagle dziewczynka spojrzała na Beatę i posłała jej najpiękniejszy uśmiech, jaki ta kiedykolwiek widziała. Mimo iż była zaskoczona, odwzajemniła go. Lecz widząc skrępowanie kobiety, zwróciła wzrok na laptop, który trzymała na kolanach. Nie chciała jej zdenerwować, ani wprawić w zakłopotanie, więc wróciła do pracy. Była w połowie opowieści o chłopcu, który na jedną noc mógł zmienić się w smoka, aby uratować swoich najbliższych. Miała właśnie opisywać jego przemianę, ale nie mogła się skupić. Zamiast błoniastych skrzydeł, łusek i szponów miała przed oczami kwiecistą łąkę z roztańczoną, zwiewną rusałką.