Ważne

Teksty zawarte na tym blogu (poza "Za serce chwyciły") są mojego autorstwa i jako takie okryte prawami autorskimi. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie lub przetwarzanie bez zgody autora jest zabronione. Wszystkie obrazki zamieszczone na tym blogu wyszukuję w internecie. Nie jestem ich autorką, dokonuję jedynie pewnych modyfikacji w domowym zaciszu.

Postanowiłam zdjąć ze Zwierzeń "kłódkę" dla nieletnich, a posty z treściami przeznaczonymi dla osób pełnoletnich opatrzyłam oznaczeniem "+18". Tak więc ostrzegam, jeśli przy tytule posta zobaczysz "osiemnastkę", wchodzisz na własne ryzyko...

środa, 8 stycznia 2014

Za Tobą (+18)



tęskniłam za Tobą… za Tobą… we mnie…

wzywając Twe imię nocami, nadaremnie…

w potrzebie bezkresnej, co duszę siniaczy…

z sercem łkającym w samotnej rozpaczy…

czekając Ciebie, ramion ukochanych…

dotyku dłoni, pocałunków znanych…

co sprawią, że myśli ulecą ponure…

unosząc mnie dzisiaj na szczyt, na samą górę…

radości, rozkoszy nieokiełznanej…

tylko nam dwojgu tej nocy danej…



poniedziałek, 6 stycznia 2014

Uśmiech wspomnień




       Powszedni, pogodny dzień. Słońce uparcie kładło swoje promienie na kamiennych nagrobkach, zupełnie jakby chciało przegnać ich przejmujący chłód.
     Stał wpatrzony w ciemną, granitową płytę, która nie wyróżniała się niczym spośród innych, zajmujących niemal każdy wolny centymetr tego niewielkiego podmiejskiego cmentarza. Imię, nazwisko, dwie daty. Standardowe „Pokój jej duszy” czyniło pomnik przeciętnym aż do bólu.

     Ona też była przeciętna, dla innych, lecz nie dla niego. Była tą jedyną, właściwą dla niego połówką. Wiedział o tym od tamtego dnia, od pierwszego przypadkowego spotkania na dworcu autobusowym. Przelotne spojrzenie niebieskich oczu, dźwięczny śmiech w ciągu króciusieńkiej chwili sprawiły, że jego poukładany do tej pory świat stanął na głowie. Przecież jego priorytetem były studia, umilane niezobowiązującymi znajomościami, a znalezienie właściwej kobiety, założenie rodziny znajdowały się na końcu listy.

     Najwyraźniej los miał własny plan, pisał najmniej oczekiwany scenariusz.

     Ta drobna istota tak intensywnie, a jednocześnie bezwiednie wtargnęła w jego życie, że niemożliwym było się przed tym uchronić. To uczucie, jakie w nim wzbudzała, było silniejsze od wszystkiego, co go do tej pory spotkało.

     Czy była piękna? Dla niego z pewnością. Jednakże koledzy dziwili się, kiedy wyczekiwane, szalone wakacje, mające być zasłużonym wypoczynkiem po zakończonej sesji, zamienił w uparty, powolny podbój terenu, który nie wydawał im się nawet specjalnie interesujący. Niewiele go obchodziło, co o jego guście sądzili kuple, nie tym razem. Co dziwne, nawet mu odpowiadało, że nie uważali dziewczyny za atrakcyjną, aczkolwiek było to dla niego całkowicie niezrozumiałe.

     Za każdym razem, gdy na nią spoglądał, nie był w stanie odwrócić wzroku. Zwłaszcza, gdy w skąpym czarnym bikini wbiegała pomiędzy spienione morskie fale. Obserwując napinające się pod brzoskwiniową skórą, wyćwiczone mięśnie, czuł jak jego tętno przyspiesza, a krew uderza mu do głowy… i nie tylko. Czy tak wyglądała Wenus wyłaniająca się z turkusowej toni Morza Śródziemnego? Było to dla niego jak najbardziej logiczne, mimo iż według innych miała za małe piersi i zbyt szerokie biodra. Gdy zamyślona spacerowała po rozgrzanym piasku, z trudem powstrzymywał się przed zarzuceniem na nią plażowego ręcznika, a najlepiej jutowego worka. Tak, żeby żadne inne męskie spojrzenie nie mogło spocząć na jej prawie nagim ciele. Ta przyjemność była zarezerwowana tylko dla niego.

     Wiedział, że nigdy nie zapomni tamtego lata. Pamiętał każdą wspólnie spędzoną chwilę, każdy pojedynczy uśmiech, gest. Wystarczyło, że zamknął oczy i już widział drobną twarz w kształcie serca okoloną burzą brązowych loków. Potrafił odtworzyć w pamięci, tak bardzo go ujmujący ruch, jakim zakładała za ucho frywolne, nieposłuszne pasmo włosów. Sposób, w jaki się poruszała, siadała, czy wykonywała najzwyklejsze codzienne czynności, był na zawsze zapisany w jego wspomnieniach. Idealnie potrafił odtworzyć tempo, w którym stukała wypielęgnowanymi, równo przyciętymi paznokciami o blat stołu, gdy zastanawiała się nad jakimś trudniejszym hasłem do krzyżówki.

     Chwila, w której usłyszał te upragnione słowa, była najpiękniejszą w jego całym życiu. Przez moment patrzyła na niego spod przymrużonych powiek. Ze ściągniętymi, ciemnymi brwiami wyglądała jakby właśnie podejmowała decyzję. Przygryzała nerwowo zbyt pełną dolną wargę, co wraz z cichym „Mhmm…”  totalnie go przeraziło. Nagle, w ułamku sekundy jej twarz się rozluźniła. Oczy w kształcie migdałów spojrzały na niego uważnie, a wypływające z nich łagodność i  siła jednocześnie, sprawiły, że mógł zatonąć w ich bezkresnym błękicie. Znał odpowiedź, zanim ją usłyszał wypowiadaną miękkim, lekko chrypiącym głosem.

     Spędzili razem cudowne chwile. Dała mu tak wiele, całą siebie… i jeszcze więcej. Gdy ją tracił, czuł, że wali mu się na głowę cały świat. Z wymęczoną twarzą spojrzała na niego poprzez łzy i wyszeptała czule „Kocham Was”. Potem zamknęła oczy, a wyraz zmęczenia opuścił jej oblicze, zupełnie jakby zabrał go jakiś dobry duch.



     Otrząsnął się ze wspomnień i spojrzał na drobną sześciolatkę, która mocno zaciskała swoją maleńką rączkę wokół jego. Uśmiechnął się do córki, a ona odwdzięczyła się tym samym. Emilka miała po mamie nie tylko imię. Odziedziczyła po niej także oczy, mocno zarysowane kości policzkowe i prosty, dostojny nos. A gdy patrzył jak składa do uśmiechu swoje różowe usteczka, wiedział, że jego żona nadal żyje.


niedziela, 5 stycznia 2014

Zwierzenia o północy


***&***


miasto już śpi ciszą otulone…

i dzieci w łóżkach… matki zmęczone…

a księżyc swój blask hojnie na dół zsyła…

dając mi znak, że to jest ta chwila…

dla mnie jedynej i dla niego gdzieś tam nade mną…

w łaskawości serca łuną twórczości spowija mnie zwiewną…

dając mi wtedy w słowach zapomnienie…

gdy Ciebie tu nie ma… jest tylko… pragnienie…



sobota, 23 marca 2013

Zsłona Czasu - Rozdział 1



Columbus, Ohio, USA, 2010r.



   Był październikowy ponury wieczór. Zbliżała się dwudziesta pierwsza, a większość stolików na sali była pusta. Niedobrze, pomyślał stojący za barem blondyn. Czyżby ta wilgotna jesienna aura miała przegonić większość klientów? Z rezygnacją pokręcił głową i zabrał się do polerowania wysokich kieliszków. W sumie to niepotrzebnie, bo i tak lśniły, oślepiając swoim kryształowym blaskiem, ale musiał się czymś zająć. Zapowiadała się długa noc bez napiwków.
- Głowa do góry, przystojniaku – powiedziała filigranowa szatynka, która pojawiła się po drugiej stronie kontuaru.
- A co ty taka wesoła, Babs? – zapytał, taksując kobietę od góry do dołu. Patrząc na nią, trudno było uwierzyć, że urodziła trójkę dzieci. Ta bez mała czterdziestoletnia kelnerka atrakcyjnością przewyższała większość kobiet, jakie znał. Figura coca coli przyciągała męskie spojrzenia, a sposób poruszania sprawiał, że tętno niebezpiecznie się podnosiło. Z resztą nie tylko tętno… Wiedział o tym doskonale, bo sam był jednym z nich. Od dwóch lat, czyli odkąd zatrudnił się w „Piżmie”, wodził za nią szczenięcym wzrokiem, nie tracąc nadziei, że kiedyś przestanie dostrzegać w nim jedynie rówieśnika swojego syna.
- Oj, Marky, Marky. – Pochyliła się i potargała mu nieco przydługą grzywkę. – Jeszcze się zwalą tłumy, zobaczysz.
- Chciałbym, nienawidzę takich „martwych” wieczorów – westchnął. – Nie dość, że napiwki są co kot napłakał, to jeszcze czas dłuży się niemiłosiernie. – Powiesił kieliszek na specjalnym uchwycie. – Poza tym Mary będzie występowała przed pustą salą.
- Przypomnę ci te słowa gdzieś za trzy godziny, kiedy nie będziesz nawet miał czasu, żeby się wysikać. – Puściła mu oczko. – Ja tam nie mam nic przeciwko chwilowej labie. Najmłodsza już nie jestem i muszę się oszczędzać. – Spojrzała w dół na swoje stopy obute w czarne szpilki na dziesięciocentymetrowym obcasie.
- Jasne – zaśmiał się. – To ciekawe, dlaczego masz najlepsze napiwki ze wszystkich dziewczyn? – Oparł się dłońmi o blat i spojrzał na nią spod przymrużonych powiek.
- To, mój drogi – szepnęła konspiracyjnie, - nie ma nic wspólnego z moimi rdzewiejącymi stawami. – Roześmiała się i, widząc nowych klientów wchodzących do lokalu, wstała i oddaliła w ich kierunku.
- Akurat – powiedział do siebie, patrząc na to, jak płynnie kołysze biodrami.
- Mark! – Dobiegł go głos z zaplecza.
Odłożył białą serwetkę i minął jednoskrzydłowe wahadłowe drzwi.
- Tak, Ben? – Zastał właściciela zmagającego się ze skrzynkami pełnymi butelek z alkoholem.
     Benjamin Verti przejął „Piżmo” nieco ponad rok temu po swoim dziadku, który w latach siedemdziesiątych przybył z Włoch do Stanów w towarzystwie świeżo poślubionej małżonki. To właśnie ona nadała nazwę, widniejącą na szyldzie zapraszającym do lokalu.
- Pomóż mi z tym cholerstwem – powiedział prostując plecy.
- Ile jeszcze tego zostało? – spytał barman, kierując się do wyjścia dla personelu.
- Czternaście skrzynek i dziesięć kartonów – powiedział Ben, podchodząc do furgonetki.
- No to dawaj, stary. – Mark sapnął podnosząc karton Jack’a Daniels’a. – Uwińmy się z tym szybko, dopóki nie ma ruchu.
- Słaba frekwencja? – W głosie właściciela wyraźnie było słychać troskę.
- Mikroskopijna – poprawił go blondyn. – Ale może się jeszcze rozkręci, Babs jest dobrej myśli.
- Hehe…  - roześmiał się brunet. – Ona zawsze jest dobrej myśli.
- Dziwisz jej się? – Mark dźwignął kolejny karton. – Bo ja nie.
- Ja też nie. – Ben szedł za nim ze skrzynką piwa. – Po tym wszystkim, co przeszła… Chyba tylko dzięki pozytywnemu nastawieniu to wszystko przetrwała.
     Po tych słowach obaj spoważnieli i zamilkli na jakiś czas. Starali się nie rozmawiać o prywatnych sprawach innych, zwłaszcza Babette. Jednak czasami się zapominali. Doskonale wiedzieli, ile silnej woli i samozaparcia musiała wykazać, żeby wraz z trójką dzieci uwolnić się od męża alkoholika.
- Mery już przyszła? – zapytał właściciel, próbując zmienić temat.
- Tak, szykuje się w „garderobie”. – Mężczyzna podkreślił ostatnie słowo i zaśmiał się szelmowsko.
- Hmm… - Ben odchrząknął, starając się zachować powagę. Niestety „Piżmo” nie posiadało wystarczająco dużego zaplecza, aby wygospodarować osobne pomieszczenie dla ich solistki i ta musiała się zadowolić kącikiem w magazynie na artykuły chemiczne i bieliznę stołową.
- Chłopaki, ruszajcie się. – Babette zajrzała na zaplecze. – Wieczór się rozkręca.
- Dzięki, Babs, już kończymy. – Właściciel sapnął i zwrócił się do Marka. – Wracaj za bar, z resztą poradzę sobie sam.
- Jesteś pewien?
- Taa… zmykaj.
- O.K. Ty tu jesteś szefem – powiedział Mark i już go nie było.