Ważne

Teksty zawarte na tym blogu (poza "Za serce chwyciły") są mojego autorstwa i jako takie okryte prawami autorskimi. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie lub przetwarzanie bez zgody autora jest zabronione. Wszystkie obrazki zamieszczone na tym blogu wyszukuję w internecie. Nie jestem ich autorką, dokonuję jedynie pewnych modyfikacji w domowym zaciszu.

Postanowiłam zdjąć ze Zwierzeń "kłódkę" dla nieletnich, a posty z treściami przeznaczonymi dla osób pełnoletnich opatrzyłam oznaczeniem "+18". Tak więc ostrzegam, jeśli przy tytule posta zobaczysz "osiemnastkę", wchodzisz na własne ryzyko...

niedziela, 4 maja 2014

Zasłona czasu - Rozdział 5





W jadalni przy ogromnym, mahoniowym stole siedziały trzy osoby. Artur Huxford zajmował miejsce u szczytu, po jego prawej stronie siedziała Adelajda, a obok niej najmłodszy z rodziny, George.

- Może sama powinnam po nie pójść – zastanawiała się na głos pani domu.

- Skądże, moja droga – odpowiedział jej małżonek. – Joan powiedziała, że zaraz przyjdą. Dajmy im jeszcze trochę czasu.

- Zawsze byłeś zbyt pobłażliwy dla Mary-Ann. Zobacz, jak to się skończyło. – Załamała ręce. – Gdyby nie te jej samotne eskapady…

- Nie przesadzajmy – odrzekł, jednak jego twarz sposępniała. Było trochę racji w tym, co powiedziała jego małżonka. Mary-Ann jako pierworodna zawsze zajmowała szczególne miejsce w sercu ojca. Jednak nie było tak, że nie kochał dwójki pozostałych dzieci. Darzył ich głęboką, mądrą, odpowiedzialną miłością, tylko w przypadku najstarszej córki nie potrafił wykrzesać z siebie niezbędnej surowości, potrzebnej do wychowania dobrze ułożonej młodej damy. Za bardzo mu przypominała samego siebie z kawalerskich lat, butna, nieusłuchana, mająca we wszystkim swoje zdanie, a przy tym wrażliwa, mająca romantyczną naturę. Czy powinien winić siebie za ten wypadek? Czy, gdyby trzymał ją w ryzach, nie doszłoby do tego nieszczęścia? Bał się, że odpowiedzi na te pytania mogą być twierdzące… Dlatego nie odwiedził córki, gdy odzyskała przytomność, powstrzymywała go ciążąca na sumieniu wina.

- Widzisz… - Adelajda zamierzała udowodnić swoją rację, lecz jej wypowiedź przerwało wejście córek.

- Witaj mamo, witaj papo. – Elisabeth dygnęła lekko. Mary momentalnie poszła w jej ślady. Doszła do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie naśladowanie siostry. Siostry… to słowo stało się jakby mniej obce w odniesieniu do dziewczyny, która właśnie posłała jej dyskretny uśmiech.

- Wejdźcie – powiedział Huxford i dał znak stojącej obok masywnego kredensu pokojówce, że można podawać do stołu.

     Po jego lewej stronie były naszykowane dwa nakrycia. Elisabeth zajęła to dalsze, więc Mary nie miała innego wyjścia, jak usiąść między nimi.

- Jak się czujesz, moja droga? – Zwrócił się do niej mężczyzna.

- Dziękuję, myślę, że w zaistniałej sytuacji całkiem dobrze – odpowiedziała.

- Bardzo nas to cieszy. – Uśmiechnął się ciepło. – Wiesz kim jestem? – To pytanie było dla niego trudne, ale czuł, że musi je zadać.

- Domyślam się, że moim… ojcem…? – wyszeptała.

- Papą… - poprawiła ją siedząca naprzeciwko kobieta.

- Przepraszam… - powiedziała tak cicho, że prawie nie było jej słychać.

- Nie szkodzi. – Ojciec nieznacznie się ku niej nachylił. – A pozostałe osoby?

- Mama… - Spojrzała na damę, która ją obserwowała z ponurym wyrazem twarzy. Przełknęła i przeniosła wzrok na chłopca. – George… - Westchnęła, widząc jego wesołą buzię.

- Jak dobrze, że nic ci nie jest – odpowiedział i, zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dodał. – Mama bardzo płakała.

- George – zwróciła mu uwagę rodzicielka.

- Przepraszam, mamo. – Spochmurniał i spuścił oczy. Jednak po chwili spojrzał na Mary, a ta posłała mu perskie oko i  się uśmiechnęła. Od razu zapomniał o upomnieniu sprzed chwili.

     Elizabeth lekko kopnęła siostrę pod stołem, przyciągając tym samym jej uwagę. Gdy ta na nią spojrzała, zgarbiła się nieco, po czym wyprostowała plecy. Mary zrobiła to samo.

Dobrze, że ona tu jest, pomyślała.

sobota, 15 marca 2014

Zasłona czasu - Rozdział 4




Półwysep Gover, Walia, 1842r.



       Pierwszym, co dotarło do jej podświadomości, był śpiew ptaków. Poza nieśmiałym ćwierkaniem otaczała ją całkowita cisza, która działała jak lekarstwo na wycieńczoną duszę, a jednocześnie napawała lękiem.

     Nie poruszyła się, leżała na wznak z zamkniętymi oczami. Pozwoliła wspomnieniom przywrócić ostatnie wydarzenia, napad, ból, a potem… już nic. Nie podobała jej się otaczająca ją błogość, przecież powinna słyszeć buczenie, czy piszczenie jakiejś szpitalnej aparatury. Z korytarza powinny dochodzić głosy i kroki personelu. W żadnym szpitalu nie jest aż tak cicho, chyba że… Nie… nie mogła umrzeć… To jeszcze nie była jej pora, wszystko miała przed sobą, przyszłość - nieważne, że nieznaną - ale czekało ją życie, które sama mogła kształtować. To musiała być pomyłka, ktoś popełnił straszliwy błąd…

- Nie! – Zerwała się z krzykiem.

     Siedziała, dysząc ciężko z otwartymi z przerażenia oczami. Wstrzymała na chwilę powietrze, żeby po paru sekundach wypuścić je powoli. Opuściła powieki i wzięła głęboki wdech. To był tylko sen. Dzięki Bogu, pomyślała i, rozkoszując się ogarniającą ją radością, opadła na plecy. Przeciągnęła się leniwie, czując jak jej ciało zapada się w miękkie posłanie. Przesunęła ramionami tak jakby chciała zrobić orła na śniegu i… zesztywniała. Coś było nie tak. Jej łóżko było o wiele twardsze i z całą pewnością nie takie duże. Zaczęła po omacku badać rękami pościel. Po samym dotyku nie potrafiła rozpoznać, co to był za materiał, ale miała pewność, że nie jest to jej bawełniana poszwa, coś jak jedwab ale grubszy i milszy w zetknięciu z wrażliwą skórą.

     Otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą łososiowy baldachim. Była tak zdezorientowana, że nie zrobiła nic, tylko wpatrywała się w delikatny kolor. Po chwili usiadła, zamrugała energicznie powiekami i rozejrzała się dookoła.

     Wnętrze, które ją otaczało, było jej zupełnie obce i okropnie… słodkie. To było pierwsze określenie, jakie jej się nasunęło, żeby opisać pomieszczenie. Duży, około dwudziestometrowy pokój miał całe ściany pokryte kremową boazerią. Jedynymi miejscami wolnymi od tych jasnych paneli były dwa ogromne okna na ścianie po lewo, częściowo zasłonięte ciężkimi kotarami w kolorze baldachimu i mieszczące się na ścianie naprzeciwko nich wielkie, białe dwuskrzydłowe drzwi. Na podłodze z jasnobrązowych desek leżał owalny łososiowy dywan stanowiący jakby centralny punkt pokoju. Łoże, na którym się znajdowała, zasłane było białą pościelą, a obłe słupy podtrzymujące baldachim miały kolor desek podłogowych.

     Spojrzała na swoją prawą dłoń i tuż nad nadgarstkiem zobaczyła mankiet rękawa, oczywiście w kolorze łososiowym. Wstrzymała oddech i przełknęła. Przebiegła wzrokiem wzdłuż ramienia uświadamiając sobie, że to, co miała na sobie, było kolorystycznie dobrane do wystroju pokoju.

- Co jest…? – mruknęła i zrzuciła z siebie kołdrę.

- O Boże… - Jęknęła, widząc, że jest ubrana w prostą, żeby nie powiedzieć workowatą, bawełnianą koszulę sięgającą samych kostek. Zerwała się i wyskoczyła z łóżka jak poparzona.

     Wtem otworzyły się drzwi. Do środka wbiegła dziewczyna w białym odzieniu i bawełnianym czepku na głowie w tym samym kolorze.

- Mary-Ann, co się stało? – wystraszona podbiegła do niej i złapała za ramiona.

 Mary patrzyła na nią, nie mogąc nic powiedzieć, ani wyrwać się z uścisku delikatnych dłoni.

- Mary-Ann…? – Dziewczyna przyglądała się jej z troską. Uniosła jedną rękę i odgarnęła z pokrytego potem czoła kobiety pasmo ciemnych włosów.

      Mary, nie wiedząc czemu, pozwoliła na to, a sam gest wydał jej się dziwnie miły, uspokajający. W odrętwieniu dała się poprowadzić do łóżka i posadzić.

- Och, jak ja się cieszę, że się obudziłaś. – Nieznajoma się zaśmiała i mocno uściskała Mary, po czym odsunęła się i spoważniała. – Odpowiedz coś – poprosiła na powrót zmartwiona.

- Ja… - Mary zdołała jedynie wydukać.

- Tak bardzo się martwiliśmy. – Na twarzy dziewczyny ponownie zagościł uśmiech.

     Co jest grane?! W głowie zdezorientowanej kobiety rozbrzmiewało nieme pytanie. Kim jest ta dziewczyna? Kim jest Mary-Ann?

- Spałaś ponad dwa dni. – Tamta zdawała się nie zwracać uwagi na jej reakcję, a raczej jej brak i gadała jak nakręcona. – Ten upadek musiał być bardzo pechowy. Ivory uciekła i Tobiasowi udało się ją złapać dopiero wieczorem. Papa chciał ją od razu zastrzelić, ale mama mu nie pozwoliła… Ach, mama i papa… - zaperzyła się. – Jakże oni się ucieszą, kiedy się dowiedzą…

- Elisabeth. – Dziewczynie przerwał kobiecy głos. – Daj siostrze odpocząć, na pierwszy rzut oka widać, że nie doszła jeszcze do siebie. – Stojąca w progu postać zlustrowała ją od stóp do głów. – I na Boga, idź się ubrać. Nie przystoi pannie tak biegać po domu w samej koszuli nocnej.

- Tak jest, mamo. – Ta wstała, dygnęła, po czym szybciutko wymknęła się z pokoju.

     Ubrana w długą brązową suknię kobieta spokojnym krokiem weszła do środka, zamknęła za sobą drzwi i zbliżyła się do Mary.

- Jak się czujesz? – spytała, siadając obok niej. – Jesteś rozpalona – stwierdziła, dotykając wierzchem dłoni jej czoła.

- Ja… co…? – Co mogła odpowiedzieć? Nie miała pojęcia, co się dzieje, gdzie jest, ani kim są te kobiety. Była przerażona, spanikowana… nic nie rozumiała. Obie zdawały się ją znać, tylko inaczej ją nazywały.

- Może powinnaś się jeszcze położyć – zaproponowała kobieta i pchnęła delikatnie Mary, aby opadła na poduszki. – Odpocznij. – Pochyliła się i pocałowała ją w czoło. – Przyślę do ciebie Joan z lekkim śniadaniem i wezwę doktora Ferringa. – Przykryła odrętwiałą kobietę kołdrą, poklepała delikatnie po dłoni i wyszła.

     Co się dzieje?! Mary wołała w środku. Czy to sen? Czy ja nadal śnię? Zamknęła oczy i z całej siły uderzyła się w twarz. Bolało… ale to musiał być sen. Ta kobieta miała rację, powinna odpocząć. Musi się wyspać, a gdy się obudzi, wszystko będzie po staremu, ocknie się na swoim twardym łóżku, w swoim mieszkaniu.

środa, 5 marca 2014

Zagłada Adama

Nieco inne spojrzenie na grzech pierwszych rodziców...





     Obudziła się o świcie, kiedy niebo zaczęło nabierać bladego srebrzystego blasku. Chciała wyjść na zewnątrz zanurzyć się w tej jaśniejącej z każdą chwilą poświacie. Spojrzała na śpiącego obok mężczyznę. Nie spodobałoby mu się, gdyby po przebudzeniu nie zastał jej na posłaniu. Adam nie lubił, gdy wychodziła z chaty sama. Denerwował się okrutnie, jak oddalała się zanadto.  
     W głębi duszy to się jej nie podobało, ale cóż innego mogła zrobić, jak tylko postępować wedle jego woli. Był jej mężem, a ona winna być mu posłuszna. Tak powiedział Pan.
     Nigdy Go nie spotkała, ale Adam tak. Powiedział, że jest Jedyny i Wszechmocny. I dlatego właśnie Ewa musi słuchać męża, gdyż jest on wybrańcem Pana.
     Fakt ten sprawiał, że w oczach Ewy Adam był wielki, niemalże jak On. Była mu bezgranicznie oddana, wiedząc, że taka jest wola Stwórcy.
     Jednak wewnątrz pragnęła czegoś więcej. Nie do końca zidentyfikowana potrzeba trawiła ją, jak robaki glebę, po której każdego dnia stąpali. Czasami to poczucie było tak silne, że odpływała marzeniami do świata, gdzie nie ograniczały jej nakazy i zakazy męża.
     Tak było tego poranka. Zamknęła oczy i w myślach przemierzała rozległe lasy i oblane słońcem polany. Zanurzała stopy w wartkim, zimnym strumieniu, a świat dookoła był doskonały. Musiał taki być, przecież stworzył go Pan.
     W pewnym momencie panującą błogą ciszę przerwał dziwny odgłos. Początkowo nie potrafiła zidentyfikować tego dźwięku. Było to coś w rodzaju charczenia…
     Adam.
     Ewa otworzyła oczy, przywrócona do rzeczywistości donośnym chrapaniem męża. Westchnęła rozżalona i jednocześnie zła, iż przerwano jej wymarzoną wędrówkę. Złość powoli w niej narastała, a cichy głos w myślach szeptał, nakłaniając do złamania małżeńskiego obowiązku.
     Tylko raz, pomyślała. Ten jeden, jedyny raz nie będę mu posłuszna. Cóż złego może się stać, gdy pójdę na poranny spacer. Przekonywała sama siebie.
     Ostrożnie, nie chcąc zbudzić śpiącego obok mężczyzny, wstała i nie oglądając się za siebie, opuściła domostwo.
     Skierowała się w stronę lasu, który zdawał się przywoływać ją szumiącym szeptem. Szła oczarowana pięknem budzącej się po nocy natury. Wiekowe, potężne drzewa były przeplatane niskimi, gęstymi zaroślami, a spowijająca wszystko zieleń, migotała tysiącami kropel rosy w blasku wschodzącego słońca.
     Ewa spacerowała, nie zastanawiając się nad upływem czasu. Pojęcie to nie było znane w Edenie. Był dzień i noc, pora aktywności i czas odpoczynku. Tylko to było ważne w świecie, jaki stworzył Pan.
     Rozkoszując się ogarniającym ją szczęściem, nie myślała o tym, co będzie, gdy wróci do domu, czy Adam będzie bardzo niezadowolony. Radując się dopiero co poznaną swobodą, była coraz bardziej pewna podjętej decyzji. Ta wycieczka  była warta karcącego spojrzenia męża, czy jego podniesionego głosu.
     Po jakimś czasie las zaczął się przerzedzać, a spomiędzy drzew prześwitywała porosła wysokimi trawami polana. Ewa weszła w kołysane delikatnym wiatrem źdźbła i zalało ją ciepło porannego słońca. Znała to miejsce. Kiedyś przyprowadził ją tu Adam. Pośrodku niewielkiej polany rosło tylko jedno drzewo, które przez cały rok obradzało w czerwone, okrągłe owoce. Jabłoń była okazała, pokryta wiecznie zielonymi listkami. Dawała cień tym, którzy chcieli się pod nią schronić. Jej kuszące, wyglądające smakowicie owoce były jedynymi, których nie wolno było im zrywać. Tak powiedział Pan, a Adam przyprowadził ją tu tylko raz, aby przekazać Jego wolę.
     Ewa podeszła do drzewa i delikatnie przesunęła palcami po pniu, wyczuwając opuszkami chropowatość kory. Ku ironii, właśnie teraz głośno zaburczało jej w brzuchu. No tak, pomyślała. Spacer wzmaga apetyt. Będzie musiała jakoś wytrzymać, aż wróci do domu. Westchnęła i spojrzała tęsknie na połyskujące w słońcu jabłka.
- Wyglądają smakowicie, prawda?

wtorek, 25 lutego 2014

Ewolucja

***


naiwni… myśląc, że życie jest bajką…  
naiwni… ufając sercu człowieka…       
       naiwni… wierząc, że szczęście swe znajdą…
naiwni… czekając na głos z daleka…    

      zmęczeni… codziennym rozczarowaniem…
 zmęczeni… kłamstwem i obłudą...        
     zmęczeni… samych siebie oszukiwaniem…
zmęczeni… przez życia drogę trudną…

 zwątpili… że coś się zmienić może…     
zwątpili… w racje i siły swoje…           
zwątpili… że czyjaś ręka pomoże…      
zwątpili… dzieląc duszę na dwoje…    

ulegli… słabości, bezczucia pokusie… 
ulegli… światom, starym i nowym…   
ulegli… wygodzie, lenistwu, nudzie… 
       ulegli… pustym rozkoszom niezdrowym…

  powstali… obserwując ludzi z oddali…
            powstali… bez złudzeń, z sercem jak granit…
         powstali… zostawiając wszystko, co znali… 
      powstali…  odrzucając miłości aksamit… 


wtorek, 18 lutego 2014

Zasłona czasu - Rozdział 3



     Jack kurczowo zaciskał palce na gałce manualnej skrzyni biegów. Ledwo się powstrzymał, żeby nie wysiąść i nie pobiec za kobietą. To nie mogło tak być. Jest blisko niego, a on nie robi nic, tylko patrzy… Obserwuje, jak jego szczęście go mija i znika w miejscu, gdzie większość mężczyzn czeka tylko, aż obdarzy któregoś z nich przychylnym spojrzeniem.

     Na samą myśl, że tak mogłoby być, zazgrzytał zębami.

- Uspokój się – wysyczał. – Człowieku, opanuj się, bo wszystko zepsujesz.

     Zamknął oczy i wziął kilka głębszych wdechów. Pomogło, co prawda, niewiele,  ale  natrętny  szum w uszach zaczął  ustępować. Musi  się  wziąć  w garść, bo ją spłoszy, wystraszy… Miał nadzieję, że nie przedobrzył.

     Manewr z kwiatami był mało oryginalny, ale uznał, że na początek taki klasyczny gest pasował. Kwiat ich połączył za pierwszym razem i był pewny, że teraz też tak będzie. No… w każdym bądź razie nie zaszkodzą. W końcu kobiety lubią być  obsypywane  kwieciem… Czyż  nie? Marie  dobrze się  wśród nich  czuła i miała niezwykłą słabość do herbacianej róży. Dlatego w każdym bukiecie kazał umieścić po jednej, aby podkreślić jej wyjątkowość.

     Zadzwoniła komórka. Zerknął na leżący na siedzeniu obok telefon, Sam. Nie był pewny, czy chce rozmawiać z przyjacielem. Czy miał mu do powiedzenia, coś, czego tamten już nie wiedział…?

     Po chwili wahania odebrał połączenie.



***      



- I jak? – Sam darował sobie wstęp i od razu przeszedł do rzeczy.

- Według planu. – Jack westchnął. – Przesyłkę dostarczono, teraz zostaje jedynie czekać na reakcję.

     Siedzieli w „Esspresso”, niewielkiej kawiarni w centrum.

- Widziałem ją dzisiaj – powiedział Daine, unikając wzroku przyjaciela.

- Kiedy? – Ten zdziwiony uniósł brwi.

- Na chwilę przed twoim telefonem.

- Gdzie byłeś? – Blondyn przyglądał mu się podejrzliwie.

- W samochodzie, niecałe sto metrów od tego baru. – Mówiąc to, Jack patrzył na blat.

- Stary…

- Wiem. – Machnął ręką. – Jestem żałosny, nie musisz mi tego mówić.

- Co tam robiłeś? – Sam z niepokojem obserwował mężczyznę, siedzącego naprzeciwko. Obawiał się, że przyjaciel przesadzi.

- Nie wiem. – Jack wzruszył ramionami. – Nawet nie liczyłem na to, że ją spotkam, po prostu musiałem tam pojechać.

- Widziała cię? – Gdyby tak się stało, to być może ich plan by poległ na samym początku.

- Nie. – Pokręcił głową. – Chociaż… - Podniósł wzrok na blondyna.

- Tak…?

- Przechodziła obok… Ona nawet porusza się jak Marie. – Nie potrafił ukryć swojego podekscytowania.

- Zbaczasz z tematu. – Sam nie mógł pozwolić, aby jego kompan zatracił  się w emocjach.

- Tak… już mówię. Przechodziła obok i w pewnym momencie spojrzała na mnie. – Sapnął. – Wiem, powinienem powiedzieć „na samochód”, ale miałem wrażenie, że poprzez te ciemne szyby zagląda do środka i widzi mnie… Mnie, Sam. To ona. – Z napięcia zacisnął szczęki. – Omal za nią nie pobiegłem. Nie umiem siedzieć bezczynnie i czekać. Wiesz, że nie należę do tych cierpliwych.

- Oj wiem. – Sam zaśmiał się i szturchnął przyjaciela dla rozluźnienia. – Poza tym nie siedzisz bezczynnie. Trzymasz się planu i lepiej niech tak zostanie.

- To trudniejsze niż myślałem. – Jack uspokoił się nieco. – Obawiam się, że następnym razem jak ją zobaczę, to się nie powstrzymam.

- Poradzisz sobie. – Pewność w  głosie  druha  dodała  mu sił. – Będę  z  tobą  i dziś i jutro. – Szelmowski uśmiech na chwilę zawitał na jego twarzy. – W razie czego siłą utrzymam cię na krześle.

- Dzięki. – Jack spojrzał na Sama spod przymrużonych powiek. – Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.

- Zawsze do usług.

- Jeszcze jedna myśl mnie prześladuje.

- Co znowu? – Sam powoli zaczynał się irytować, z pewnością nie była mu dana anielska cierpliwość.

- Nie wiem, jak zareaguję, gdy zobaczę przy niej jakiegoś faceta. – Na samą myśl zazgrzytał zębami.

- Tamta kelnerka mówiła, że nie ma nikogo.

- Mogła nie wiedzieć…

- Jack… - Blondyn wyprostował się na siedzeniu. – Przestań wymyślać problemy. W razie czego będziemy improwizować.

     Przytaknął.

- Nie zawsze wychodziło nam to na dobre.

- Ale jakoś dawaliśmy radę. – Sam zaśmiał się na wspomnienie ich wspólnych ekscesów.

- Nie bez pomocy sił wyższych – zauważył Jack.

- Każdy walczy tym, co ma – bronił swego blondyn.

- Też racja – Daine zgodził się z przyjacielem.


czwartek, 13 lutego 2014

Życzenie

O miłości... na Walentynki...


     Kolejny rok minął… i kolejne naręcze kwiatów niosła przed sobą. Wielobarwne, upajające swym zapachem były tak wysokie, że nie widziała chodnika na dobre półtora metra przed sobą. Pozbawiona chociażby minimalnej widoczności musiała stawiać niepewne kroki na ślepo. Szła bardzo ostrożnie obawiając się powtórki z ubiegłej zimy. Nabawiła się wtedy kilku siniaków i zadrapań, zniszczyła prawie wszystkie bukiety, ale najgorszy był wstyd, gdy wyłożyła się jak długa tuż przed stopami nieznajomego.
     Na samo wspomnienie tamtego incydentu oblał ją rumieniec zażenowania. Mijała właśnie kiosk, przy którym to się wydarzyło. Zerknęła ukradkiem na szybę, za którą były wystawione czasopisma z takimi samymi jak co roku krzykliwymi nagłówkami: „14 Luty – Święto Zakochanych”, „Najlepszy prezent dla niego/niej na Walentynki”… i tym podobne.
     Odwróciła szybko wzrok od wystawy skupiając uwagę ponownie na swoich krokach. To przez własne roztargnienie i zagapienie na kolorową okładkę jej ostatnie imieniny były jeszcze bardziej żałosne niż zwykle. Moi rodzice byli albo okrutni albo niepoważni dając mi na imię Liliana, myślała. Nie dość, że urodziny i imieniny obchodziła tego samego dnia, to jeszcze wypadały 14 lutego. Oni sami zawsze uważali to za bardzo zabawne i… romantyczne… Być może było to romantyczne, ale dla tego, kto miał się z kim tym romantyzmem dzielić. Nie tak jak ona…
     Zacisnąwszy zęby potrząsnęła głową, żeby zrzucić z twarzy niesforne pasma włosów, którymi mroźny wiatr smagał ją po zaczerwienionych policzkach. Mogła założyć czapkę, wtedy rude kosmyki miałaby pod kontrolą, ale była wystarczająco zgrzana dźwigając przed sobą połowę zaopatrzenia niewielkiej kwiaciarni. Bardziej na pamięć niż rozpoznając okolicę skręciła w prawo i po kilku sekundach znalazła się pod zadaszonym wejściem do niewielkiego baru. Nie mając innej możliwości uderzyła z impetem biodrem w drzwi, które pod naciskiem ustąpiły otwierając się do środka.
     Gdy tylko przekroczyła próg, uderzył ją intensywny zapach drewna  cedrowego i tej słodko-alkoholowej mieszanki charakterystycznej dla dość często odwiedzanych aczkolwiek nie najnowszych lokali.
- Witaj, mała. – Z uśmiechem na ustach podszedł do niej siwiejący mężczyzna i uwolnił od ciężaru kwiatów.
- Cześć, wujku – odpowiedziała po czym cmoknęła go w policzek. – Dziękuję – dodała próbując rozluźnić zesztywniałe mięśnie rąk.
- Nie ma za co, kochanie. – Mrugnął do niej. – Dobrze się nimi zaopiekuję – obiecał, oddalając się w stronę pomieszczeń dla personelu.
- Wujku…? – chciała zapytać.
- Ten sam, co zwykle – krzyknął nawet się nie odwracając.
- Dzięki – zawołała za nim, po czym weszła do dość dużej, ale przytulnie urządzonej sali.
     Wzrokiem odnalazła ustawiony w zaułku niewielki okrągły stolik. Rozpięła płaszcz, przygładziła potargane włosy i wkroczyła do zalanego pomarańczowo-zielonym światłem pomieszczenia. Całe szczęście, że bar nie cieszył się zbyt dużą popularnością w takie dni jak dzisiaj. Dzięki temu bez skrępowania mogła przejść całą długość sali ku swojemu stałemu miejscu.
     Niedbale rzuciła odzienie na oparcie drewnianego krzesła, natomiast sama usiadła na drugim, identycznym. Jedna część wieczoru odbębniona, pomyślała gorzko i ciężko westchnęła. Zacisnęła mocno powieki próbując przełknąć ogarniający ją smutek. Gdy je otworzyła, skupiła wzrok na niewielkiej świeczce w kształcie serca. Zaśmiała się w duchu, dobrze, że był to jeden z niewielu walentynkowych akcentów  upiększających bar w tak „szczególnym” dniu.
     Rozejrzała się dookoła. Pomieszczenie było wypełnione kilkunastoma sześcio- i ośmioosobowymi stolikami. Jedynie pod ścianami, jak gdyby poupychane stały dwuosobowe, przedzielone ciemnymi przenośnymi przepierzeniami mającymi stwarzać imitację intymności. Te ażurowe trzyskrzydłowe parawany zostały ustawione specjalnie na dzisiaj, tak samo jak szkarłatne, płonące serca na każdym stoliku. Normalnie były to białe słojowe świece, umieszczone w przeźroczystych kloszach.
     W lokalu oprócz niej były jeszcze dwie niewielkie grupy, zajmujące miejsca po środku sali, oczywiście mieszane. Podwójne randki, albo zwykłe przyjacielskie wypady, gdyż to miejsce nie nadawało się na romantyczne spotkania. Nie było jeszcze dwudziestej pierwszej, wieczór dopiero się rozkręcał. Niedługo zaczną się schodzić wracające z kinowych seansów gromady roześmianych ludzi pragnących zaspokoić pragnienie po zbyt słonym popcornie. Na szczęście ona już wtedy będzie się powoli zbierała do domu.
     Zerknęła w lewo i zobaczyła uśmiechającego się do niej znad wypolerowanego kontuaru barmana. Pomachała mu ręką, na co on wskazał na dziewczynę palcem, dając jej do zrozumienia, że ma ją na oku. Pokręciła głową pozwalając, alby uśmiech zagościł na jej twarzy.
     Nie miała prawa narzekać, otaczali ją naprawdę mili ludzie. Obserwujący ją zza baru Witek,  łysiejący mężczyzna po czterdziestce dopilnuje, by nie smutniała na zbyt długo. Jednak za kilka godzin wróci do domu, do żony i dwójki dorastających córek, a ona… do czterech pustych ścian i miauczącej kulki futra, która będzie jej robiła wyrzuty za tak długie pozostawienie bez opieki.
     Był jeszcze wujek Andrzej, który właśnie szedł do niej niosąc szerokie cynowe wiadro wypełnione kwiatami. Postawił je na krześle obok, które przestawił tak, iż po przeciwnej stronie blatu widziała obfite kwiatostany.
     Oto i moja randka, pomyślała.
- Czy to naprawdę konieczne? – spytała z nadzieją w głosie. Najchętniej by je zostawiła na zapleczu.
- Jak najbardziej – odparł pewnym głosem. – To twoje kwiaty. Są piękne i powinnaś się nimi chwalić.
- Ale dzisiaj….
- Co… dzisiaj….? Dzień jak każdy – nie dał dziewczynie dokończyć zdania. – Żadne „niby-święto” wymyślone przez kwiaciarzy nie powinno odbierać radości celebrowania tego prawdziwego. – Uśmiechnął się ciepło.
- Masz rację – westchnęła. Wiedziała, że nie ma co dyskutować z tym upartym mężczyzną, który na równi z ojcem zmieniał jej pieluchy.
- Wszystkiego najlepszego! – zawołał podchodzący do nich Witek. Niósł niewielką tacę, na której stało ciastko tortowe z zapaloną jedną świeczką i Blue Curaçao.
- Ciszej… - ofuknęła go, rozglądając się wokół. Z ulgą spostrzegła, że i owszem kilka osób podniosło na nich wzrok, ale po chwili wrócili do przerwanej rozmowy.
- Nie marudź ponuraku i pomyśl życzenie. – Starszy mężczyzna zdjął talerzyk z deserem i czekał, aż dziewczyna zdmuchnie świeczkę.
     Liliana zamknęła oczy i pomyślała o męskich ramionach dających ciepło, zapewniających bezpieczeństwo. Wzięła głęboki wdech po czym zdmuchnęła niewielki drgający płomień.
- Zadowoleni…? – zapytała, spoglądając na nich z wyrzutem i biorąc od barmana drinka.
- Oczywiście – odpowiedzieli niemal równocześnie.
- Oh… wy… - mruknęła. Pokręciła głową i spokojniejszym głosem dodała. – Nie przejmujcie się mną i wracajcie do swoich obowiązków.
- Na razie, mała… - powiedział właściciel, całując ją w policzek.
- Daj znać, jak będziesz czegoś potrzebowała – szepnął konspiracyjnie Witek i oddalił się w ślad za swoim szefem.
- Jasne…. – Uśmiechnęła się z nadzieją, że teraz będzie miała chwilę spokoju.
     Uniosła kieliszek do ust i wzięła spory łyk. Piekące ciepło przyjemnie rozgrzało jej zmarznięte wargi, a po chwili poczuła, jak rozlewa się po jej organizmie. Tak, tylko tego potrzebowała, żadnych życzeń, litościwych spojrzeń. Wystarczała odrobina ulubionego alkoholu, który łagodził ból i pustkę… przynajmniej na chwilę… kilka godzin… jeden wieczór.
     Podniosła drinka w toaście skierowanym ku stojącym naprzeciwko kwiatom.
- Za Walentynki, moje drogie. Święto wymyślone przez tych, co chcą zarobić na marzeniach i naiwności innych. – Niemal połowę objętości upiła jednym haustem, po czym przymknęła powieki. Gdy otworzyła oczy, lśniły w nich łzy - wywołane pieczeniem w przełyku… oczywiście.
     Patrząc na puszące się płatki i dumnie sterczące łodygi, poczuła złość. Najchętniej zrzuciłaby ten gąszcz  na podłogę i odtańczyła na nim dziki taniec zniszczenia. To była bezlitosna ironia losu. Chyba żadna inna kobieta nie dostawała w tym dniu tylu kwiatów  co ona. Ale co z tego, skoro żaden z nich nie został podarowany we właściwej intencji. Symbolizowały różne rzeczy: przyjaźń, oddanie, zaufanie… lecz także i litość. Nikt z jej bliskich by się do tego nie przyznał, ale tak było. Litość – ponieważ nawet jeden płatek nie mówił „Kocham Cię”.
     Sama nie wiedziała dlaczego. Nie była pięknością, jednak szkaradą również nie można było jej nazwać. Obiektywnie mówiąc – na tyle na, ile to było możliwe – zaliczała się do tych przeciętnych. Nie raz widziała brzydszą od siebie dziewczynę, która odnajdywała cały świat w ramionach tego właściwego mężczyzny. Dlaczego nie ona..? W przyszłym roku stuknie jej trzydziestka, a ona do tej pory nie skrzyżowała swojego spojrzenia z drugim, obiecującym najsłodsze tajemnice jakie może dzielić mężczyzna z kobietą, które nadało by jej sercu rytm podobny do szalonego tętentu końskich kopyt. Jedyny raz, gdy czuła coś, co można było z tym porównać, był w zeszłym roku, gdy ze wstydem masowała zdarte kolano w obecności obcego mężczyzny, który zbierał rozsypane wokół morze kwiatów.
     Pragnęła tego uczucia,  marzyła o tym, tęskniła tak bardzo… Mimo iż nigdy go nie zaznała, wiedziała, że jest do tego zdolna, że jej życie osiągnie pełnię dopiero wtedy, gdy zaleje je słodka miłość przetykana jak złotą nitką, palącą namiętnością… Bo tak powinno być. Wielokrotnie zasypiając w zimnym łóżku odczuwała wszechogarniającą, druzgocącą potrzebę każdego skrawka swojego ciała, pragnienie ciepła, bliskości, swojej dłoni w większej, silniejszej…. zaborczego dotyku męskich ust na własnych.
     Przestań! Zbeształa się w myślach. Wiedziała, że wystarczyłaby chwila i znów zagalopowałaby się w swojej wyobraźni. Lecz tym razem nie była sama. Może później, gdy wypije drugiego albo trzeciego drinka… w swoim domu… pójdzie na całość… Oszuka swoje ciało stwarzając imitację miłości.
     Miłość. Czy poznała kiedyś jej smak? Tak… chyba…. Czy była prawdziwa…? Raczej nie.  Gdyby to było TO, trwałoby nadal. Czyż nie..? Uczucie szczęściem wypełniałoby jej żyły, a ona z pewnością nie siedziałaby tu dzisiaj sama…