Ważne

Teksty zawarte na tym blogu (poza "Za serce chwyciły") są mojego autorstwa i jako takie okryte prawami autorskimi. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie lub przetwarzanie bez zgody autora jest zabronione. Wszystkie obrazki zamieszczone na tym blogu wyszukuję w internecie. Nie jestem ich autorką, dokonuję jedynie pewnych modyfikacji w domowym zaciszu.

Postanowiłam zdjąć ze Zwierzeń "kłódkę" dla nieletnich, a posty z treściami przeznaczonymi dla osób pełnoletnich opatrzyłam oznaczeniem "+18". Tak więc ostrzegam, jeśli przy tytule posta zobaczysz "osiemnastkę", wchodzisz na własne ryzyko...

środa, 6 sierpnia 2014

Zasłona czasu - Rozdział 7






     Ciotka Alberta przyjechała do Rodenshurst w porze popołudniowej herbaty. Wszyscy siedzieli akurat w bawialni, gdy kryty powóz zajechał pod frontowe wejście.

     Krewka staruszka dała znać o swojej obecności jeszcze zanim otworzyły się bogato rzeźbione, drewniane drzwi. Weszła do pomieszczenia, nie dając lokajowi nawet szansy na jej zaanonsowanie. Widząc jego zdegustowaną minę powiedziała:

- Na miłość boską, Lambercie, jestem domownikiem. – Odgoniła go szybkim ruchem dłoni. – Idź do kuchni i każ Marcie przygotować mi coś do jedzenia. Tak bardzo się spieszyłam do swoich najbliższych, że zrezygnowałam z postoju na obiad. No, już, już… - Powtórzyła gest i zamknęła drzwi, po czym dopiero spojrzała na siedzących w pokoju. – Witajcie, kochani – powiedziała uśmiechając się szeroko i rozwiązując pod brodą ogromną kokardę od granatowego kapelusza.

- Witaj w domu, ciociu. – Artur Huxford wstał, ucałował kobietę w policzek i zabrał podróżną pelerynę, którą właśnie odpinała. Spoglądając karcąco na chrzestną, otworzył drzwi i podał okrycie stojącemu za drzwiami Lambertowi.

- Witaj, ciociu. – Adelajda również podeszła do krewnej i się przywitała.

     Elisabeth i George wstali i dygnęli powtarzając słowa powitania za rodzicami. Mary z niewielkim opóźnieniem zrobiła to samo.

     Wstrzymując oddech, z niepokojem przyjrzała się seniorce rodu. Dawniej ciemne włosy, teraz w większości zastępowały srebrzyste pasma, które upięte były w gładki kok, eksponując owal pomarszczonej twarzy i dumny profil. Uniesiony podbródek świadczył o harcie ducha starszej damy, a bystre, świdrujące spojrzenie ciemnych oczu uważnie przesuwało się po obecnych. Zatrzymało się dłużej na Mary, jakby prześwietlając ją na wskroś. Zdenerwowana kobieta czuła, że nic nie może ujść uwadze staruszki.

- Czy coś się stało, moje dziecko? – Alberta zwróciła się do niej.

- Nie, ciociu – ta odpowiedziała, nieco się jąkając.

- Wydajesz się być spięta i jesteś bardzo blada. – Przeniosła wzrok na Adelajdę. – Mary-Ann jest chyba chora, czy widział ją już lekarz?

- Ależ nie, ciociu – speszyła się pani domu. – To znaczy… miał miejsce… pewien, hmm… wypadek. – Kobieta nie wiedziała, jakie dobrać słowa, a Mary przyszło do głowy, że oto ma przed sobą osobę, która wzbudza respekt, a nawet lęk u jej rodzicielki.

wtorek, 29 lipca 2014

Zasłona Czasu - Rozdział 6

Po nieco dłuższej  przerwie zapraszam na kolejny rozdział Zasłony Czasu :)





Pomieszczenie było niewielkie, przesiąknięte wilgocią i zapachem siana. Maleńkie okno, umieszczone tuż pod niskim sufitem, wpuszczało do środka odrobinę księżycowego blasku. Łuna ta była wystarczająca, aby kobieta mogła zobaczyć srebrne refleksy na włosach śpiącego chłopca. Izba, w której nocowali, znajdowała się w przybudówce obok obory. Wcześniej, za dnia Isabel widziała, że chropowate ściany były niedawno bielone, a podłoga wyłożona świeżą słomą.

     Z miłością i lękiem patrzyła na Cayo. Leżał na starej pryczy, przykryty dwoma zniszczonymi kocami, z których jeden był przeznaczony dla niej. Dostali je od tej miłej kobiety, która pozwoliła im się tu zatrzymać.

     Siedziała na swoim posłaniu, tak samo wyeksploatowanym jak chłopca, ale przywykła do gorszych warunków. W ostatnim czasie niejednokrotnie byli zmuszeni spać na gołej ziemi, a przed chłodem chroniło ich jedynie liche odzienie i własne ciała. W takie noce kobieta tuliła do siebie Cayo i starała się jak najdokładniej okryć spódnicą swojej sukni.

     Isabel była jednocześnie szczęśliwa i przerażona. Po części cieszyła się, że udało im się dotrzeć aż tutaj śladem mężczyzny i jej serce wypełniała nadzieja. Musiał im pomóc, w końcu był jej to winien… po tym, co było… Znali swoje tajemnice. Oboje doskonale wiedzieli, co by było, gdyby wyszły na jaw, kulka w łeb, albo stos… Chociaż w jego przypadku, to pierwsze najpewniej okazałoby się niewystarczające.

     Noc była cicha i spokojna, słyszała jedynie płytki, urywany oddech Cayo. Nie docierały do niej żadne odgłosy z obory czy chlewni, co znaczyło, że zwierzęta były wystarczająco daleko. Całe szczęście.

     Kobieta podeszła do chłopca i dotknęła jego czoła. Było rozpalone i wilgotne. Znów dręczy go gorączka, pomyślała. Ujęła rąbek zniszczonej spódnicy i zaczęła wycierać pot skraplający się na jego skroni. Bała się… o niego. Jacques był ich ostatnią deską ratunku, jeśli nie udzieli im pomocy lub ta okaże się nieskuteczna, to nie będzie już nadziei… Po brudnych lecz niezwykle gładkich policzkach kobiety popłynęły łzy.

     Za kilka dni nastanie pełnia. Wiedziała o tym bez patrzenia na księżyc. Krew, wypełniająca jej arterie, krążyła w rytmie faz tego bezwarunkowego władcy nocy. Była boleśnie świadoma tego, że kolejna przemiana jeszcze bardziej osłabi Cayo, a potrzebowała czasu, żeby jakoś podejść Jacquesa, wytłumaczyć mu wszystko, przekonać jakoś…

     Westchnęła głęboko i otarła mokre policzki. Weź się w garść, powiedziała do siebie, nie możesz się tak rozklejać, tylko obmyślić plan, jak przekonać Sedaine’a. Wszystko jest na dobrej drodze. Udało jej się wkręcić do pracy w tym pięknym dworze. Zawsze przy organizowaniu balów zatrudniano dodatkowe osoby do pomocy. Ponieważ Isabel było wszystko jedno, co będzie musiała robić, gospodyni ją przyjęła w zamian za nocleg i wikt. Bal będzie już niedługo, a on na pewno się na nim pojawi. Znała go na tyle, iż miała pewność, że nie byłby sobą, gdyby dobrowolnie zrezygnował z takiej imprezy towarzyskiej. Nawet, jeśli w tym czasie nie uda się z nim skontaktować, to już jej głowa w tym, żeby tu zostać dłużej.

     Spojrzała na jaśniejące oblicze księżyca widoczne w okratowaniu okna. Czuła jego zew, rosnącą potrzebę poddania się jego mocy. Powoli rozlewała się w niej dzika euforia, która wkrótce osiągnie swoje apogeum i odsunie wszystkie troski na bok.

                                                                                                              

środa, 14 maja 2014

Na służbie... +16

Za przykładem Kajjki postanowiłam wrzucić tekst ćwiczeniowy, skojarzenie. To była pierwsza praca tego typu i fotka dobrana była idealnie ;):)

***



     Panujące w samochodzie cisza i napięcie zdawały się rosnąć z każdą sekundą. Magda doskonale wiedziała, że niepotrzebnie dała się podpuścić, ale siedzący obok mężczyzna trafił w zbyt czuły punkt.
- Najwyraźniej masz jakiś problem z facetami – stwierdził Tomek, nieudolnie tłumiąc chichot.
     O tak! Bawiła go ta sytuacja. Ciekawe czy nadal będzie taki radosny, gdy jej pięść spotka się z jego gładko ogoloną żuchwą, przemknęło Magdzie przez myśl.
- To nie ja mam problem z nimi, tylko oni ze mną – wycedziła przez zęby. Siłą woli starała się opanować narastającą wewnątrz niej agresję. Była o włos od zastosowania wyciszających ćwiczeń oddechowych. I to przy tym kretynie. A ostatnią rzeczą, jakiej chciała, było danie mu satysfakcji wyprowadzenia jej z równowagi.
- No, nie wiem… - zastanawiał się na głos, teatralnie pukając palcem w brodę. – To już trzecia… Nie – poprawił się szybko – czwarta pierwsza randka, która okazała się kompletną klapą. Ja tu widzę jeden punkt wspólny i siedzi on obok mnie w aucie. Rozumując logicznie…
- Wsadź to swoje logiczne rozumowanie…
     Nie skończyła, bo właśnie przemknął im przed maską ciemnozielony sedan. Nie zwlekając ani chwili, Magda przekręciła kluczyk w stacyjce i wcisnęła gaz. W tym samym momencie Tomek uruchomił koguta. Widząc żądzę mordu w oczach koleżanki, miał nadzieję, że pechowym kierowcą okaże się kobieta.
     Magda wręcz odwrotnie. Liczyła na to, że za kierownicą, jadącego trzy auta przed nimi pojazdu, będzie mężczyzna. Chciała pobawić się w złą policjantkę, tym razem w rzeczywistości. I zamierzała być o wiele mniej miła, niż w igraszkach, jakie jej proponowano wczoraj wieczorem.
     Gdy zrównali się ze ściganym samochodem, Tomek dał znać kierowcy, żeby zjechał na pobocze.
- Może ja do niego wysiądę – zaproponował.
- Nie. – Krótka odpowiedź nie przewidywała zbędnej dyskusji.
     Magda zatrzymała radiowóz za stojącym na awaryjnych światłach fordem fokusem. Założyła czapkę i wysiadła. Pewnym krokiem podeszła do pojazdu od strony kierowcy. Już miała przed oczami scenę, jak gburowaty i chamski typ lekceważy ją jako funkcjonariusza, może obraża, dając jej tym samym pretekst do wyładowania frustracji.
- Dzień dobry, panie kierowco… - Profesjonalny uśmiech zamarł jej na twarzy, gdy spojrzała na siedzącego w aucie mężczyznę. Był przystojny, zbyt przystojny jak na zaistniałą okoliczność. Około trzydziestki, miał ciemne, krótko przystrzyżone włosy. Patrzył na nią błękitnymi oczami, a usta wygiął w niepewnym uśmiechu.
- Dzień dobry, panie… pani władzo – poprawił się, widząc stojącą na zewnątrz kobietę. Nerwowo zaczął obciągać makiety czarnej koszuli.
     Magda ledwo usłyszała te słowa. Jej niepodzielną uwagę przyciągnęła biała koloratka, wyraźnie odznaczająca się na tle ciemnego materiału. Niech to szlag! Przeklęła w myśli. Oczywiście, musiał być księdzem, zadrwiła ze swojego szczęścia. Zamknęła oczy i wypuściła powoli powietrze, próbując uspokoić intensywne pulsowanie w skroniach.
- Czy wszystko w porządku? – zapytał ksiądz, przyglądając się jej uważnie. –Dobrze się pani czuje?
- Słucham…? A… Tak. – Zebrała się w sobie. – Wszystko w porządku. Niech ksiądz nie zmienia tematu. Wie ksiądz, dlaczego został zatrzymany?
- Zdaje się, że przypadkowo przekroczyłem dozwoloną prędkość – odpowiedział niepewnie.
- Przypadkowo? – Magda uniosła brew.
- Przepraszam bardzo, ale za dwadzieścia minut muszę odprawić nabożeństwo u św. Marcina i…
- I ten fakt upoważnia księdza do łamania przepisów? – weszła mu w słowo.
- Nie. Oczywiście, że nie – potulnie zgodził się ksiądz. Ale jadę prosto z pogrzebu…
- Proszę się nie tłumaczyć. – Z Magdy zeszła cała energia. Cholera, przecież nie wlepi mandatu księdzu.
- Oto moje prawo jazdy. – Mężczyzna podał jej dokument.
     Jeszcze do tego nadgorliwy, pomyślała. Wzięła je do ręki, w ogóle nie zwracając uwagi na to, co jest na nim napisane. Przelotne spojrzenie upewniło ją, że zdjęcie się zgadza. Nie miała już ochoty szukać odwetu za spieprzony wieczór. Chciała tylko wrócić do radiowozu, jak najszybciej skończyć pracę i poużalać się nad sobą w domowym zaciszu.
- Proszę je schować. – Oddała prawo jazdy. – I jechać ostrożniej – ostrzegła.
- Oczywiście. Bardzo dziękuję. – Zabrał dokument. – Niech Bóg ma panią w swojej opiece – dodał, uruchamiając silnik.
- Taa… – odchodząc, powiedziała  do siebie. – Z Bogiem.
     Zanim wróciła do radiowozu, ford zdążył się już włączyć do ruchu.
- Co jest? – zapytał Tomek, gdy usiadła za kierownicą.
- Takie moje porąbane szczęście, musiałam trafić na księdza – sarknęła.
- Żartujesz?! – policjant nie dowierzał.
- A wyglądam, jakbym żartowała? – Spojrzała na niego spode łba.
- Nie bardzo…
- Dobra, dajmy już temu spokój. – Ciężko westchnąwszy, Magda odpaliła samochód.
- OK.
     Ruszyli. Jechali w niezręcznej ciszy niespełna dwie minuty, gdy z policyjnego radia dobiegł ich głos operatora: „Do wszystkich jednostek. Na rogu Wolnej i Spójnej dokonano napadu na zakład jubilerski. Podejrzany oddalił się ciemnozielonym sedanem. Był przebrany za księdza. Znaki szczególne - tatuaż na lewym nadgarstku.”

- Kurwa mać!!!





niedziela, 4 maja 2014

Zasłona czasu - Rozdział 5





W jadalni przy ogromnym, mahoniowym stole siedziały trzy osoby. Artur Huxford zajmował miejsce u szczytu, po jego prawej stronie siedziała Adelajda, a obok niej najmłodszy z rodziny, George.

- Może sama powinnam po nie pójść – zastanawiała się na głos pani domu.

- Skądże, moja droga – odpowiedział jej małżonek. – Joan powiedziała, że zaraz przyjdą. Dajmy im jeszcze trochę czasu.

- Zawsze byłeś zbyt pobłażliwy dla Mary-Ann. Zobacz, jak to się skończyło. – Załamała ręce. – Gdyby nie te jej samotne eskapady…

- Nie przesadzajmy – odrzekł, jednak jego twarz sposępniała. Było trochę racji w tym, co powiedziała jego małżonka. Mary-Ann jako pierworodna zawsze zajmowała szczególne miejsce w sercu ojca. Jednak nie było tak, że nie kochał dwójki pozostałych dzieci. Darzył ich głęboką, mądrą, odpowiedzialną miłością, tylko w przypadku najstarszej córki nie potrafił wykrzesać z siebie niezbędnej surowości, potrzebnej do wychowania dobrze ułożonej młodej damy. Za bardzo mu przypominała samego siebie z kawalerskich lat, butna, nieusłuchana, mająca we wszystkim swoje zdanie, a przy tym wrażliwa, mająca romantyczną naturę. Czy powinien winić siebie za ten wypadek? Czy, gdyby trzymał ją w ryzach, nie doszłoby do tego nieszczęścia? Bał się, że odpowiedzi na te pytania mogą być twierdzące… Dlatego nie odwiedził córki, gdy odzyskała przytomność, powstrzymywała go ciążąca na sumieniu wina.

- Widzisz… - Adelajda zamierzała udowodnić swoją rację, lecz jej wypowiedź przerwało wejście córek.

- Witaj mamo, witaj papo. – Elisabeth dygnęła lekko. Mary momentalnie poszła w jej ślady. Doszła do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie naśladowanie siostry. Siostry… to słowo stało się jakby mniej obce w odniesieniu do dziewczyny, która właśnie posłała jej dyskretny uśmiech.

- Wejdźcie – powiedział Huxford i dał znak stojącej obok masywnego kredensu pokojówce, że można podawać do stołu.

     Po jego lewej stronie były naszykowane dwa nakrycia. Elisabeth zajęła to dalsze, więc Mary nie miała innego wyjścia, jak usiąść między nimi.

- Jak się czujesz, moja droga? – Zwrócił się do niej mężczyzna.

- Dziękuję, myślę, że w zaistniałej sytuacji całkiem dobrze – odpowiedziała.

- Bardzo nas to cieszy. – Uśmiechnął się ciepło. – Wiesz kim jestem? – To pytanie było dla niego trudne, ale czuł, że musi je zadać.

- Domyślam się, że moim… ojcem…? – wyszeptała.

- Papą… - poprawiła ją siedząca naprzeciwko kobieta.

- Przepraszam… - powiedziała tak cicho, że prawie nie było jej słychać.

- Nie szkodzi. – Ojciec nieznacznie się ku niej nachylił. – A pozostałe osoby?

- Mama… - Spojrzała na damę, która ją obserwowała z ponurym wyrazem twarzy. Przełknęła i przeniosła wzrok na chłopca. – George… - Westchnęła, widząc jego wesołą buzię.

- Jak dobrze, że nic ci nie jest – odpowiedział i, zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dodał. – Mama bardzo płakała.

- George – zwróciła mu uwagę rodzicielka.

- Przepraszam, mamo. – Spochmurniał i spuścił oczy. Jednak po chwili spojrzał na Mary, a ta posłała mu perskie oko i  się uśmiechnęła. Od razu zapomniał o upomnieniu sprzed chwili.

     Elizabeth lekko kopnęła siostrę pod stołem, przyciągając tym samym jej uwagę. Gdy ta na nią spojrzała, zgarbiła się nieco, po czym wyprostowała plecy. Mary zrobiła to samo.

Dobrze, że ona tu jest, pomyślała.

sobota, 15 marca 2014

Zasłona czasu - Rozdział 4




Półwysep Gover, Walia, 1842r.



       Pierwszym, co dotarło do jej podświadomości, był śpiew ptaków. Poza nieśmiałym ćwierkaniem otaczała ją całkowita cisza, która działała jak lekarstwo na wycieńczoną duszę, a jednocześnie napawała lękiem.

     Nie poruszyła się, leżała na wznak z zamkniętymi oczami. Pozwoliła wspomnieniom przywrócić ostatnie wydarzenia, napad, ból, a potem… już nic. Nie podobała jej się otaczająca ją błogość, przecież powinna słyszeć buczenie, czy piszczenie jakiejś szpitalnej aparatury. Z korytarza powinny dochodzić głosy i kroki personelu. W żadnym szpitalu nie jest aż tak cicho, chyba że… Nie… nie mogła umrzeć… To jeszcze nie była jej pora, wszystko miała przed sobą, przyszłość - nieważne, że nieznaną - ale czekało ją życie, które sama mogła kształtować. To musiała być pomyłka, ktoś popełnił straszliwy błąd…

- Nie! – Zerwała się z krzykiem.

     Siedziała, dysząc ciężko z otwartymi z przerażenia oczami. Wstrzymała na chwilę powietrze, żeby po paru sekundach wypuścić je powoli. Opuściła powieki i wzięła głęboki wdech. To był tylko sen. Dzięki Bogu, pomyślała i, rozkoszując się ogarniającą ją radością, opadła na plecy. Przeciągnęła się leniwie, czując jak jej ciało zapada się w miękkie posłanie. Przesunęła ramionami tak jakby chciała zrobić orła na śniegu i… zesztywniała. Coś było nie tak. Jej łóżko było o wiele twardsze i z całą pewnością nie takie duże. Zaczęła po omacku badać rękami pościel. Po samym dotyku nie potrafiła rozpoznać, co to był za materiał, ale miała pewność, że nie jest to jej bawełniana poszwa, coś jak jedwab ale grubszy i milszy w zetknięciu z wrażliwą skórą.

     Otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą łososiowy baldachim. Była tak zdezorientowana, że nie zrobiła nic, tylko wpatrywała się w delikatny kolor. Po chwili usiadła, zamrugała energicznie powiekami i rozejrzała się dookoła.

     Wnętrze, które ją otaczało, było jej zupełnie obce i okropnie… słodkie. To było pierwsze określenie, jakie jej się nasunęło, żeby opisać pomieszczenie. Duży, około dwudziestometrowy pokój miał całe ściany pokryte kremową boazerią. Jedynymi miejscami wolnymi od tych jasnych paneli były dwa ogromne okna na ścianie po lewo, częściowo zasłonięte ciężkimi kotarami w kolorze baldachimu i mieszczące się na ścianie naprzeciwko nich wielkie, białe dwuskrzydłowe drzwi. Na podłodze z jasnobrązowych desek leżał owalny łososiowy dywan stanowiący jakby centralny punkt pokoju. Łoże, na którym się znajdowała, zasłane było białą pościelą, a obłe słupy podtrzymujące baldachim miały kolor desek podłogowych.

     Spojrzała na swoją prawą dłoń i tuż nad nadgarstkiem zobaczyła mankiet rękawa, oczywiście w kolorze łososiowym. Wstrzymała oddech i przełknęła. Przebiegła wzrokiem wzdłuż ramienia uświadamiając sobie, że to, co miała na sobie, było kolorystycznie dobrane do wystroju pokoju.

- Co jest…? – mruknęła i zrzuciła z siebie kołdrę.

- O Boże… - Jęknęła, widząc, że jest ubrana w prostą, żeby nie powiedzieć workowatą, bawełnianą koszulę sięgającą samych kostek. Zerwała się i wyskoczyła z łóżka jak poparzona.

     Wtem otworzyły się drzwi. Do środka wbiegła dziewczyna w białym odzieniu i bawełnianym czepku na głowie w tym samym kolorze.

- Mary-Ann, co się stało? – wystraszona podbiegła do niej i złapała za ramiona.

 Mary patrzyła na nią, nie mogąc nic powiedzieć, ani wyrwać się z uścisku delikatnych dłoni.

- Mary-Ann…? – Dziewczyna przyglądała się jej z troską. Uniosła jedną rękę i odgarnęła z pokrytego potem czoła kobiety pasmo ciemnych włosów.

      Mary, nie wiedząc czemu, pozwoliła na to, a sam gest wydał jej się dziwnie miły, uspokajający. W odrętwieniu dała się poprowadzić do łóżka i posadzić.

- Och, jak ja się cieszę, że się obudziłaś. – Nieznajoma się zaśmiała i mocno uściskała Mary, po czym odsunęła się i spoważniała. – Odpowiedz coś – poprosiła na powrót zmartwiona.

- Ja… - Mary zdołała jedynie wydukać.

- Tak bardzo się martwiliśmy. – Na twarzy dziewczyny ponownie zagościł uśmiech.

     Co jest grane?! W głowie zdezorientowanej kobiety rozbrzmiewało nieme pytanie. Kim jest ta dziewczyna? Kim jest Mary-Ann?

- Spałaś ponad dwa dni. – Tamta zdawała się nie zwracać uwagi na jej reakcję, a raczej jej brak i gadała jak nakręcona. – Ten upadek musiał być bardzo pechowy. Ivory uciekła i Tobiasowi udało się ją złapać dopiero wieczorem. Papa chciał ją od razu zastrzelić, ale mama mu nie pozwoliła… Ach, mama i papa… - zaperzyła się. – Jakże oni się ucieszą, kiedy się dowiedzą…

- Elisabeth. – Dziewczynie przerwał kobiecy głos. – Daj siostrze odpocząć, na pierwszy rzut oka widać, że nie doszła jeszcze do siebie. – Stojąca w progu postać zlustrowała ją od stóp do głów. – I na Boga, idź się ubrać. Nie przystoi pannie tak biegać po domu w samej koszuli nocnej.

- Tak jest, mamo. – Ta wstała, dygnęła, po czym szybciutko wymknęła się z pokoju.

     Ubrana w długą brązową suknię kobieta spokojnym krokiem weszła do środka, zamknęła za sobą drzwi i zbliżyła się do Mary.

- Jak się czujesz? – spytała, siadając obok niej. – Jesteś rozpalona – stwierdziła, dotykając wierzchem dłoni jej czoła.

- Ja… co…? – Co mogła odpowiedzieć? Nie miała pojęcia, co się dzieje, gdzie jest, ani kim są te kobiety. Była przerażona, spanikowana… nic nie rozumiała. Obie zdawały się ją znać, tylko inaczej ją nazywały.

- Może powinnaś się jeszcze położyć – zaproponowała kobieta i pchnęła delikatnie Mary, aby opadła na poduszki. – Odpocznij. – Pochyliła się i pocałowała ją w czoło. – Przyślę do ciebie Joan z lekkim śniadaniem i wezwę doktora Ferringa. – Przykryła odrętwiałą kobietę kołdrą, poklepała delikatnie po dłoni i wyszła.

     Co się dzieje?! Mary wołała w środku. Czy to sen? Czy ja nadal śnię? Zamknęła oczy i z całej siły uderzyła się w twarz. Bolało… ale to musiał być sen. Ta kobieta miała rację, powinna odpocząć. Musi się wyspać, a gdy się obudzi, wszystko będzie po staremu, ocknie się na swoim twardym łóżku, w swoim mieszkaniu.

środa, 5 marca 2014

Zagłada Adama

Nieco inne spojrzenie na grzech pierwszych rodziców...





     Obudziła się o świcie, kiedy niebo zaczęło nabierać bladego srebrzystego blasku. Chciała wyjść na zewnątrz zanurzyć się w tej jaśniejącej z każdą chwilą poświacie. Spojrzała na śpiącego obok mężczyznę. Nie spodobałoby mu się, gdyby po przebudzeniu nie zastał jej na posłaniu. Adam nie lubił, gdy wychodziła z chaty sama. Denerwował się okrutnie, jak oddalała się zanadto.  
     W głębi duszy to się jej nie podobało, ale cóż innego mogła zrobić, jak tylko postępować wedle jego woli. Był jej mężem, a ona winna być mu posłuszna. Tak powiedział Pan.
     Nigdy Go nie spotkała, ale Adam tak. Powiedział, że jest Jedyny i Wszechmocny. I dlatego właśnie Ewa musi słuchać męża, gdyż jest on wybrańcem Pana.
     Fakt ten sprawiał, że w oczach Ewy Adam był wielki, niemalże jak On. Była mu bezgranicznie oddana, wiedząc, że taka jest wola Stwórcy.
     Jednak wewnątrz pragnęła czegoś więcej. Nie do końca zidentyfikowana potrzeba trawiła ją, jak robaki glebę, po której każdego dnia stąpali. Czasami to poczucie było tak silne, że odpływała marzeniami do świata, gdzie nie ograniczały jej nakazy i zakazy męża.
     Tak było tego poranka. Zamknęła oczy i w myślach przemierzała rozległe lasy i oblane słońcem polany. Zanurzała stopy w wartkim, zimnym strumieniu, a świat dookoła był doskonały. Musiał taki być, przecież stworzył go Pan.
     W pewnym momencie panującą błogą ciszę przerwał dziwny odgłos. Początkowo nie potrafiła zidentyfikować tego dźwięku. Było to coś w rodzaju charczenia…
     Adam.
     Ewa otworzyła oczy, przywrócona do rzeczywistości donośnym chrapaniem męża. Westchnęła rozżalona i jednocześnie zła, iż przerwano jej wymarzoną wędrówkę. Złość powoli w niej narastała, a cichy głos w myślach szeptał, nakłaniając do złamania małżeńskiego obowiązku.
     Tylko raz, pomyślała. Ten jeden, jedyny raz nie będę mu posłuszna. Cóż złego może się stać, gdy pójdę na poranny spacer. Przekonywała sama siebie.
     Ostrożnie, nie chcąc zbudzić śpiącego obok mężczyzny, wstała i nie oglądając się za siebie, opuściła domostwo.
     Skierowała się w stronę lasu, który zdawał się przywoływać ją szumiącym szeptem. Szła oczarowana pięknem budzącej się po nocy natury. Wiekowe, potężne drzewa były przeplatane niskimi, gęstymi zaroślami, a spowijająca wszystko zieleń, migotała tysiącami kropel rosy w blasku wschodzącego słońca.
     Ewa spacerowała, nie zastanawiając się nad upływem czasu. Pojęcie to nie było znane w Edenie. Był dzień i noc, pora aktywności i czas odpoczynku. Tylko to było ważne w świecie, jaki stworzył Pan.
     Rozkoszując się ogarniającym ją szczęściem, nie myślała o tym, co będzie, gdy wróci do domu, czy Adam będzie bardzo niezadowolony. Radując się dopiero co poznaną swobodą, była coraz bardziej pewna podjętej decyzji. Ta wycieczka  była warta karcącego spojrzenia męża, czy jego podniesionego głosu.
     Po jakimś czasie las zaczął się przerzedzać, a spomiędzy drzew prześwitywała porosła wysokimi trawami polana. Ewa weszła w kołysane delikatnym wiatrem źdźbła i zalało ją ciepło porannego słońca. Znała to miejsce. Kiedyś przyprowadził ją tu Adam. Pośrodku niewielkiej polany rosło tylko jedno drzewo, które przez cały rok obradzało w czerwone, okrągłe owoce. Jabłoń była okazała, pokryta wiecznie zielonymi listkami. Dawała cień tym, którzy chcieli się pod nią schronić. Jej kuszące, wyglądające smakowicie owoce były jedynymi, których nie wolno było im zrywać. Tak powiedział Pan, a Adam przyprowadził ją tu tylko raz, aby przekazać Jego wolę.
     Ewa podeszła do drzewa i delikatnie przesunęła palcami po pniu, wyczuwając opuszkami chropowatość kory. Ku ironii, właśnie teraz głośno zaburczało jej w brzuchu. No tak, pomyślała. Spacer wzmaga apetyt. Będzie musiała jakoś wytrzymać, aż wróci do domu. Westchnęła i spojrzała tęsknie na połyskujące w słońcu jabłka.
- Wyglądają smakowicie, prawda?